Tag Archives: lekarze

Fabler i niepełnosprawni duchowo cz. I

Zwykły wpis

Nie wszystkie dni z misiowego życia są godne opisania. Wszystko wskazywało na to, że ten czwartek, jak wiele poprzednich, również będzie się do takich zaliczał.

Fabler wybrał się jak co dzień do baru mlecznego „Ludzka komedia”, gdzie jak co dzień zamówił pół talerza zupy pomidorowej i półtora naleśnika ze szpinakiem oraz buraczkami zasmażanymi na osobnym talerzyku.  Z trudem, bo jest niskiego wzrostu, zaniósł talerze do stolika najbardziej schowanego w kącie i wybrał krzesło tak, żeby nie musieć patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy do „Ludzkiej komedii” przychodzili z bloczkami z pomocy społecznej. Powiecie zaraz: a gdzie misiowa empatia!? gdzie współczucie, gdzie wyrozumiałość? Otóż Fabler bał się, że w jednej z tych zeschłych jak skórka tygodniowego chleba i pomarszczonych wcale nie jak pieczone jabłuszko twarzy zobaczy siebie. Spod ciężkich powiek kobiety z przetłuszczonymi włosami zebranymi wysoko w kucyk karmiącej umorusanego malucha spojrzy na niego obojętny wzrok zrezygnowanego człowieka. Fabler był zagubionym Misiem. Tak jak oni wszyscy już dawno przestał zadawać sobie pytanie:  w jakim celu tu jestem? Był z dnia na dzień.

Kolejna łyżka zupy poparzyła misiowy język. Nie zaklął, ani nie zirytował się, wręcz przeciwnie – uczucie bólu sprawiło, że świat na chwilę się wyostrzył i Fabler przez ułamek sekundy znów zaczął widzieć detale: nieco zbyt długie, brudne pazurki, plamę na biało-niebieskiej koszulce, przykurzone serduszko. Uśmiechnął się do siebie, kpiąc z własnego zawieszenia. W tym momencie ktoś z całej siły klepnął go w plecy. Kilka klusek wytrysło z ust Fablera i dostojnie zasiadło na szarawej firance, przez którą widać było przemykające przez aleje Bohaterów Żeromskiego auta. 

– Fabler, kopę lat! – odezwał się do Misia rosły mężczyzna w skórzanej kurtce. Wystawał mu spod niej czarny golf opinający się ciasno na wydatnym brzuchu. Fabler od razu rozpoznał Michała, pracownika Ikei, który jako jedyny zostawał czasem po pracy w sklepie i rozmawiał z nim i z jego krewnymi. Mimo nadmiernej potliwości, wiecznie mokrych rąk i zatkanego nosa, Michał słynął z daru przyciągania ludzi. Wszyscy lgnęli do niego szczególnie wtedy, gdy było im w życiu źle, bo wiedzieli, że będą mogli zaczerpnąć od niego trochę pozytywnej energii i, nakręceni jak analogiczne zegary, znów ruszą w świat, na długo zapominając o koledze. Fabler, aż wstyd przyznać, również zapomniał o jego istnieniu.

– Michał? Dobrze Cię widzieć. Jak leci? Co u żółtków? 

– Leci, jakoś leci. A już nie pracuję w Ikei, zwolnili mnie. Byłem po prostu za brzydki, ale oni stwierdzili, że wynosiłem ogromne ilości ołówków, miarek i kto wie czego i lepiej żebym się nie stawiał, bo mają świadków i zobaczymy się w sądzie. Głupie, nie?

– Typowe.

– Sprzątam teraz u OOND-rze. Ośrodku Opieki nad Niepełnosprawnymi Duchowo. Moja siostra pracuje tam od kilku lat na kuchni, jej bliźniaki chodzą do szkoły przy ośrodku i jest z tego bardzo  zadowolona. Mają po 7 lat, a ze świecą szukać tak uduchowionych dorosłych. Jak na przykład jest wieczór, a one nadal nie mają odrobionych lekcji, Kasia, moja siostra, mówi: Chyba jakieś robaczki zjadają wasze dusze, trzeba je szybko powstrzymać! Dzieciaki wtedy migusiem, skupiają się i już, spokojne jak aniołeczki. Wiedzą, jak pielęgnować duszę i dlaczego to jest takie ważne. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielu ludzi w moim wieku ląduje w Ośrodku. Faceci, baby, emeryci, dzieciaki wytatuowane, zakolczykowane, z bluzgiem na językach. Przywożą ich karetkami, jedna za drugą. Czasem się dziwie, że aż tylu ich się u nas mieści. Dostawiają łóżka do pokojów i wydaje mi się, że niedługo cały budynek pęknie nie tylko od ich ciał, ale od tego ogromu problemu bezduszności, jaki ze sobą przynoszą. Jak za długo przebywam w salach świeżaków, to aż mdli mnie od tego i głowa boli następnego dnia. Za to na koniec, Fabler, rewelacja! wychodzą wszyscy czyściutcy, wypolerowani. Oczy im się błyszczą, włosy zaplecione albo równo przystrzyżone… Mają schludnie wyprasowane ubrania, przestają machać rękami i grzebać sobie we włosach, za to uśmiechają się i nawet chętnie mi pomagają.

Fabler zasłuchał się w historię Michała i poczuł, że to może być coś, czego potrzebuje. Kontaktu z ludźmi, którzy zostali naprawieni, natchnieni duchem i których wypuszcza się w świat gotowych do produktywnego życia. 

– Nie potrzebujecie tam wolontariuszy czy coś? – zapytał Miś.

– Jasne! Właśnie to chciałem Ci powiedzieć! – Michał żywo zareagował na pytanie. – Pacjentów coraz więcej, nie ma komu pracować. Lekarze harują po nocach, potrzebują pomocy i to natychmiast. Przyjedź w weekend, będę miał więcej czasu, to cię oprowadzę i poznam z kierownikiem Łokietkiem. Tymczasem muszę lecieć, wpadłem tylko na chwilę do miasta załatwić kilka formalnych spraw. Trzymaj się Fab! – mocny uścisk dłoni kolegi otrzeźwił Misia. Chciał coś powiedzieć, ale tylko patrzył na szerokie, zgarbione plecy wychodzącego. Na stoliku leżała serwetka z napisem: Fundacja Niepełnosprawni Duchowo, Moniuszki 43. 

Moniuszki 43 – powtórzył w myślach Fabler. –  To kawał drogi, ale nic. Trzeba uratować resztki człowieczeństwa. 

Człowieczeństwa? 

[ciąg dalszy nastąpi]

Reklamy