Tag Archives: Fabler

Wolności aspekt niedokonany

Zwykły wpis

ikea kraków

Niektórzy mogą być rozczarowani, ale muszę teraz przerwać na chwilę opowieść o uzdrawianiu chorych duchowo, bo przyszedł czas na uzupełnienie historii.

Być może, czytając Niecodziennik Fablera, przyszła Wam do głowy myśl, że to cokolwiek niecodzienne, aby pluszowy Miś z kosza z zabawkami w sklepie, do którego nie zaglądają cholerycy (bo labirynt), ani fanatycy czystości (bo bakterie w ciasteczkach), ani zbyt bogaci, ani zbyt biedni, ani zbyt oryginalni, ani zbyt obojętni, zachowywał się jak człowiek. Poza tym dlaczego właśnie on? W którym momencie ze strzępków materiału bez DNA narodziła się osobowość? Czy podczas wypychania? Przyklejania oczek? Wpinania w pupę metki?

Postanowiłam rozwiać wątpliwości za pomocą cofnięcia się o kilka lat.

Jesienią roku, w którym salony fryzjerskie przeżywały oblężenie długowłosych kobiet pragnących ostrzyc się, w zależności od koloru włosów,  na Polę Negri lub Marlenę Dietrich, a mężczyźni wciąż jeszcze uważali zarost za objaw niechlujstwa, Klaudia, licealistka o małych oczach, lecz sporych udach nabrała zwyczaju włóczenia się po mieście w godzinach szkolnych lekcji. Nic dziwnego. W klasie o profilu zakonno-medycznym, do której wysłali ją bez pytania rodzice, nie było jednej przyjaznej osoby. Skupione na błyskotliwej karierze w indyjskich hospicjach przyszłe siostry zakonne w kajecikach zdobionych reprodukcją Klimta rysowały na przerwach mapy myśli lub robiły analizę SWOT, stojąc w kolejce do szkolnego sklepiku, w którym do wyboru były tylko francuskie rogale z czekoladą i francuskie rogale bez czekolady. Na ich widok Klaudię ogarniał smutek, choć nic w sumie nie miała do długich sukienek czy dziesiątce różańca przed posiłkiem. Sama nie wierzyła w żadnego boga oprócz producenta Maćków adwokatowych i Jacków pomarańczowych. (Po studenckie wiśniowie wciąż nie miała odwagi sięgać zostawiając je na niepewną przyszłość.) To, czy wierzyli w niego inny, zostawiała ich wyborom. Wszystko jej było obojętne.

Obojętność stała się obsesją Klaudii. Na początku starała się neutralizować wszystkie emocje związane z kontaktami z ludźmi. Wierzyła, że potrzebna jest jej do tego tylko siła woli, a tę wypracowała przez siedemnaście lat spędzonych w coraz ciaśniejszym mieszkaniu z coraz nowszym rodzeństwem. Młodsze dzieci pojawiały się w domu średnio co dwa lata, więc cały czas ktoś wył w niebogłosy, ktoś uczył się mówić, ktoś pisać, a ktoś inny zadawał krępujące pytania. Regularnie co drugie dziecko zmieniała się tylko płeć. Chłopiec, dziewczynka, chłopiec, dziewczynka. Klaudia, która była najstarsza z całego tego tałatajstwa, zastanawiała się, kiedy w końcu rodzice wyprodukują trzecią płeć, opatentują ją i zarobią na trzynastoosobowy autobus.

Ciągły harmider i obijające, obejmujące, wijące się pod nogami jednostki ludzkie kazały Klaudii szukać wolności w głębi samej siebie.

Z kolejnej bitwy o Polskę powróciła niska, rumiana mama o cielęcych, błękitnych oczach i biodrach ulepionych do rodzenia, mama-patriotka, mama, której największym strachem zawsze była samotność, więc postanowiła otoczyć się wianuszkiem dzieci tak na wszelki wypadek, gdyby któreś miało wyemigrować, zginąć w powstaniu czy odkryć w sobie homoseksualistę. Jej kolejnym trofeum był tłuściutki chłopczyk: 56 cm, 3800 g, lecz tylko 6 pkt w skali Apgar. Pewnie zapierał się mocno przez opuszczeniem matczynego łona i poddusił się przy tym nieco, ale nie to nas zajmuje. Chłopczyk nie będzie odgrywał w historii żadnej roli. On był tylko przeładowaną ciężarówką przekraczającą normy bezpieczeństwa na moście linowym, zbyt dużym naporem ciśnienia na popękaną tamę. Klaudia postanowiła uciec. Read the rest of this entry

Dlaczego Matka Boska nie chciała rozmawiać z Fablerem?

Zwykły wpis

kapliczka

Wieś rozciągała się na planie krzyża. Nie wiedział o tym Fabler, ale bardzo ucieszył się, gdy polną drogę, którą przemierzał równym marszem, przecięła inna, tak samo nierówna i porośnięta po środku przerywanymi pasami wątłej trawy.

Na skrzyżowaniu stała ogrodzona kapliczka, w której za przybrudzoną szybką znajdowała się niebieska Matka Boska. Jej wzniesione do nieba oczy przypominały jeziora pełne chabrów, a sukienka pofałdowana rękami rzeźbiarza opływała drobne gipsowe ciałko. Figurka bardzo się spodobała Fablerowi, więc postanowił zrobić sobie przerwę na kolejną przekąskę w jej towarzystwie.

– Nie masz nic przeciwko, że się nie pomodlę przed trzecim śniadaniem, prawda Matko Bosko? Misie nie są zbyt religijne. Zresztą, jak pewnie się domyślasz, jestem ze Szwecji, a tam nie masz zbyt wielu fanów.

Matka Boska Chabrowa nie odpowiedziała ani słowem. Wciąż wpatrywała się w maleńki sufit nad swoją głową, który tylko symbolizował duchowe królestwo.

– Nic nie odpowiadasz, pewnie nie lubisz protestantów – kontynuował Fabler. – Albo tak jak ja uważasz, że szkoda słów na gadanie o bzdurach. Czasem dzwonią do mnie znajomi i pytają „co u ciebie Fabler?”, a ja im zawsze odpowiadam „wszystko w porządku, jakoś leci. A u ciebie?” Czy nie uważasz, że to marnowanie słów, skoro i tak wiadomo, że nikt się nie chciał niczego dowiedzieć? Read the rest of this entry

Fabler i niepełnosprawni duchowo cz. I

Zwykły wpis

Nie wszystkie dni z misiowego życia są godne opisania. Wszystko wskazywało na to, że ten czwartek, jak wiele poprzednich, również będzie się do takich zaliczał.

Fabler wybrał się jak co dzień do baru mlecznego „Ludzka komedia”, gdzie jak co dzień zamówił pół talerza zupy pomidorowej i półtora naleśnika ze szpinakiem oraz buraczkami zasmażanymi na osobnym talerzyku.  Z trudem, bo jest niskiego wzrostu, zaniósł talerze do stolika najbardziej schowanego w kącie i wybrał krzesło tak, żeby nie musieć patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy do „Ludzkiej komedii” przychodzili z bloczkami z pomocy społecznej. Powiecie zaraz: a gdzie misiowa empatia!? gdzie współczucie, gdzie wyrozumiałość? Otóż Fabler bał się, że w jednej z tych zeschłych jak skórka tygodniowego chleba i pomarszczonych wcale nie jak pieczone jabłuszko twarzy zobaczy siebie. Spod ciężkich powiek kobiety z przetłuszczonymi włosami zebranymi wysoko w kucyk karmiącej umorusanego malucha spojrzy na niego obojętny wzrok zrezygnowanego człowieka. Fabler był zagubionym Misiem. Tak jak oni wszyscy już dawno przestał zadawać sobie pytanie:  w jakim celu tu jestem? Był z dnia na dzień.

Kolejna łyżka zupy poparzyła misiowy język. Nie zaklął, ani nie zirytował się, wręcz przeciwnie – uczucie bólu sprawiło, że świat na chwilę się wyostrzył i Fabler przez ułamek sekundy znów zaczął widzieć detale: nieco zbyt długie, brudne pazurki, plamę na biało-niebieskiej koszulce, przykurzone serduszko. Uśmiechnął się do siebie, kpiąc z własnego zawieszenia. W tym momencie ktoś z całej siły klepnął go w plecy. Kilka klusek wytrysło z ust Fablera i dostojnie zasiadło na szarawej firance, przez którą widać było przemykające przez aleje Bohaterów Żeromskiego auta. 

– Fabler, kopę lat! – odezwał się do Misia rosły mężczyzna w skórzanej kurtce. Wystawał mu spod niej czarny golf opinający się ciasno na wydatnym brzuchu. Fabler od razu rozpoznał Michała, pracownika Ikei, który jako jedyny zostawał czasem po pracy w sklepie i rozmawiał z nim i z jego krewnymi. Mimo nadmiernej potliwości, wiecznie mokrych rąk i zatkanego nosa, Michał słynął z daru przyciągania ludzi. Wszyscy lgnęli do niego szczególnie wtedy, gdy było im w życiu źle, bo wiedzieli, że będą mogli zaczerpnąć od niego trochę pozytywnej energii i, nakręceni jak analogiczne zegary, znów ruszą w świat, na długo zapominając o koledze. Fabler, aż wstyd przyznać, również zapomniał o jego istnieniu.

– Michał? Dobrze Cię widzieć. Jak leci? Co u żółtków? 

– Leci, jakoś leci. A już nie pracuję w Ikei, zwolnili mnie. Byłem po prostu za brzydki, ale oni stwierdzili, że wynosiłem ogromne ilości ołówków, miarek i kto wie czego i lepiej żebym się nie stawiał, bo mają świadków i zobaczymy się w sądzie. Głupie, nie?

– Typowe.

– Sprzątam teraz u OOND-rze. Ośrodku Opieki nad Niepełnosprawnymi Duchowo. Moja siostra pracuje tam od kilku lat na kuchni, jej bliźniaki chodzą do szkoły przy ośrodku i jest z tego bardzo  zadowolona. Mają po 7 lat, a ze świecą szukać tak uduchowionych dorosłych. Jak na przykład jest wieczór, a one nadal nie mają odrobionych lekcji, Kasia, moja siostra, mówi: Chyba jakieś robaczki zjadają wasze dusze, trzeba je szybko powstrzymać! Dzieciaki wtedy migusiem, skupiają się i już, spokojne jak aniołeczki. Wiedzą, jak pielęgnować duszę i dlaczego to jest takie ważne. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielu ludzi w moim wieku ląduje w Ośrodku. Faceci, baby, emeryci, dzieciaki wytatuowane, zakolczykowane, z bluzgiem na językach. Przywożą ich karetkami, jedna za drugą. Czasem się dziwie, że aż tylu ich się u nas mieści. Dostawiają łóżka do pokojów i wydaje mi się, że niedługo cały budynek pęknie nie tylko od ich ciał, ale od tego ogromu problemu bezduszności, jaki ze sobą przynoszą. Jak za długo przebywam w salach świeżaków, to aż mdli mnie od tego i głowa boli następnego dnia. Za to na koniec, Fabler, rewelacja! wychodzą wszyscy czyściutcy, wypolerowani. Oczy im się błyszczą, włosy zaplecione albo równo przystrzyżone… Mają schludnie wyprasowane ubrania, przestają machać rękami i grzebać sobie we włosach, za to uśmiechają się i nawet chętnie mi pomagają.

Fabler zasłuchał się w historię Michała i poczuł, że to może być coś, czego potrzebuje. Kontaktu z ludźmi, którzy zostali naprawieni, natchnieni duchem i których wypuszcza się w świat gotowych do produktywnego życia. 

– Nie potrzebujecie tam wolontariuszy czy coś? – zapytał Miś.

– Jasne! Właśnie to chciałem Ci powiedzieć! – Michał żywo zareagował na pytanie. – Pacjentów coraz więcej, nie ma komu pracować. Lekarze harują po nocach, potrzebują pomocy i to natychmiast. Przyjedź w weekend, będę miał więcej czasu, to cię oprowadzę i poznam z kierownikiem Łokietkiem. Tymczasem muszę lecieć, wpadłem tylko na chwilę do miasta załatwić kilka formalnych spraw. Trzymaj się Fab! – mocny uścisk dłoni kolegi otrzeźwił Misia. Chciał coś powiedzieć, ale tylko patrzył na szerokie, zgarbione plecy wychodzącego. Na stoliku leżała serwetka z napisem: Fundacja Niepełnosprawni Duchowo, Moniuszki 43. 

Moniuszki 43 – powtórzył w myślach Fabler. –  To kawał drogi, ale nic. Trzeba uratować resztki człowieczeństwa. 

Człowieczeństwa? 

[ciąg dalszy nastąpi]

Fabler Bjorn potrzebuje pokojówki

Zwykły wpis

Dochodziła już trzecia w nocy, kiedy Fabler Bjorn skończył czytać książkę. Ciszę w mieszkaniu przełamywało tylko pokasływanie sąsiada zza ściany, który od lat cierpi na bezsenność na tle nerwowym. Kupując Tę kobietę Fabler był pewien, że będzie to zaproszenie do baśniowej krainy książąt i księżniczek, w której zabawi jako przezroczysty obserwator. Wydawało mu się, że dowie się czegoś nowego o miłości, co nie będzie obszyte różowym puszkiem ani ubrane w lateks. Tymczasem, niby z deszczu pod rynnę, wpadł Fabler w świat nieprzeciętnej ambicji i chorych fanaberii. Na początku cieszył się bardzo z widoku wystrojonych kobiet. Nie mógł się napatrzeć na biżuterię, którą miały na sobie wysublimowane Angielki. Połyskiwały od rubinów, szmaragdów i diamentów. Włosy miały upięte i pofalowane za pomocą gorących żelazek, a pióra ich boa zabawnie łaskotały go w nos. Od czasu do czasu jedna z nich zauważała wałęsającego się po marmurowych posadzkach, brała go na ręce i huśtała śmiejąc się przy tym perliście. Tylko przyjaciółka króla Edwarda VIII ani razu nie zaszczyciła Fablera spojrzeniem. Jej wzrok wciąż utkwiony był w połyskujących powierzchniach, w których odbijała się jej własna podobizna. Fabler zorientował się, że umknął mu gdzieś wstęp książki i że właśnie znajduje się w późnych latach trzydziestych, w Windsorze, a dumną kobietą jest Wallis Simson. Postanowił ją śledzić. Jest na tyle niepozorny, że przy odrobinie wysiłku zdołał wtopić się w otoczenie. Dzięki temu stał się naocznym świadkiem rozwodu Willis z Ernestem Simpsonem i brał udział w rejsie, za który spotkał króla społeczny ostracyzm. „Nie trzeba było pokazywać się bez koszulki. Ja swoją mam zawsze. Nie godzi się świecić gołym brzuchem” oburzył się również Miś. Obserwował napady zazdrości króla, zaglądał mu przez ramię, gdy ten pisał infantylne liściki z masą błędów ortograficznych do ukochanej Amerykanki, smucił się, gdy Wallis chorowała. Jednym słowem: podglądał. Wracał czasem z Londynu, robił sobie herbatę i dumał nad skomplikowaniem ludzkiej natury.

– Postaci literackie można utkać z tysięcy różnych nici o niepoliczonych kolorach i strukturach, a i tak nigdy nie będą tak zagmatwane jak prawdziwi ludzie – przemówił do tostera, bo nikogo innego nie było na podorędziu. –Myślałem, że dowiem się jak przebiega proces zakochiwania, a zamiast miłości widzę tu tylko żądną władzy i pozycji przystojną kobietę z kompleksem wyższości i mężczyznę, który wydaje się być maleńki jak Piotruś Pan i dokładnie tak samo dziecinny. Materialnie ma wszystko czego mógłby tylko zapragnąć, emocjonalnie i intelektualnie jest wybrakowanym, skarłowaciałym żołnierzykiem i to nie z ołowiu, a z papieru…

Długo jeszcze i w podobnym stylu przemawiał Fabler do różnych sprzętów. Te zdają się być najlepszymi powiernikami, bo nie robią wtrąceń, ale też nie irytują kiwnięciami głowy, która oznacza tyle co „Mów dalej. Nie, nie słucham cię zupełnie. Tak, powinnam ugotować pomidorową”.

Książka o Wallis Simpson przyczyniła się do pojawienia się w sercu Fablera dwóch nowych pragnień: wyjazdy do Sunbury, gdzie król Edward, wtedy jeszcze książę, postawił dla swojej dziewczyny rzeźbę misia oraz posiadanie pokojówki. Fabler Bjorn bowiem to niezły bałaganiarz. Dobrze zdaje sobie sprawę, że to co weźmie w łapki powinno wkrótce wylądować na tym samym miejscu, ale dziwnym trafem przedmioty mało są namagnesowane i ciągnie je nie tam, gdzie trzeba. Pokojówka sprawiłaby, że Miś mógłby skupić się na intelektualnym rozwoju i nie denerwować samobrudzącymi się naczyniami. Kto wie, może miałaby również funkcje łagodzenia sporów i ratowania Misia z opresji…Przydałaby się oj przydała, szczególnie że Fabler ostatnio nabałaganił nie tylko w pokoju, nie tylko w swoim życiu, ale również w życiu swoich przyjaciół. Ci, przyzwyczajeni, że zawsze mogą zwrócić się do niego o pomoc, a on znajdzie czas, wysłucha, pogłaska, utuli, nie przyjęli lekko zmian w życiu Fablera.

Fabler Bjorn po raz ostatni wyłonił się z biografii „tej kobiety” uprzednio pożegnawszy się ze zrozpaczonymi damami dworu. Wyniósł od nich sporą wiedzę na temat zdobywania bogatych mężów, która pewnie nigdy mu się do niczego nie przyda. Spojrzał raz jeszcze na zegarek z trudem unoszący wskazówki, dopił ostatni łyczek kawy. Fusy utknęły mu na języku, otrząsnął się. Po cichutku, na paluszkach przeszedł obok śpiących ludzi, wsunął się pod kołderkę i natychmiast zasnął. Śpi do teraz. I dobrze, niech śpi, bo już wkrótce czeka go wielka podróż…

Image

Zdjęcie przedstawia Fablera dziwiącego się uśmiechowi na twarzy Wallis podczas spotkania z Hitlerem.

Fabler i sklep z zabawkami

Zwykły wpis

Fabler Bjorn miał już dość narzekań na trudy studenckiego życia. Przyznawał: nie jest ono łatwe, szczególnie gdy w grę wchodzi nadambicja i finansowe tarapaty. Studenci rzucają się na nowe kierunki ulegając złudzeniom, że oto jest żyła złota, która nie tylko połyskuje korzyściami w przyszłości, ale została ulokowana na wysokości ręki. Wystarczy po nią sięgnąć. Nic przyjemniejszego. Współlokatorzy chyba jeszcze nigdy tyle nie wzdychali i nie klęli, co w ciągu ostatnich kilkunastu dni. Wydawało się, że cała złość tego świata podzieliła się na kilka i ulokowała swoje horkuksy w ich wątłych ciałach.  Albo jeszcze gorzej: okruszki z potłuczonego lustra Królowej Śniegu wpadły im do oczu i nie mogą ich wypłakać nawet przez sen. Myśląc o tym Fablera zapiekło coś w pod prawą powieką. Czy to zaraźliwe? Czy wszyscy potrzebujemy kuracji? Długo głowił się Miś nad sposobami leczenia sesji. Przyszło mu do głowy, że napisze kilka listów do dziekanów wydziałów, na których studiują współlokatorzy, w którym wyjaśni, że jego znajomi nie pojawią się na tegorocznych egzaminach, bo odpoczywają i nabierają sił po całorocznych utarczkach ze studiami. Jak pomyślał tak zrobił. Image

Wracając z poczty, dumny, że znalazł rozwiązanie problemu, zatrzymał się przy sklepie z zabawkami. „Skoro przyjaciele będą mieli teraz sporo wolnego czasu, to będą chcieli się zabawić. Co ma służyć do zabawy, jeżeli nie zabawki. Zrobię im prezent. Taki ze mnie wiosenny Fabler-Mikołaj”. Mało nie eksplodował z radości. To był dobry dzień, chociaż nie wtorek. Fabler wszedł do środka.

– Tu wszystko jest dla dziewczyn! Róż i fiolet. Wszystko pluszowe, z puszkiem, z falbankami. Zupełnie nie wiem co wybrać proszę pana – zwrócił się do sprzedawcy.

– To zależy co cię interesuje – młody mężczyzna puścił oko do Misia.

– No…  zabawa.

Sprzedawca uśmiechnął się szeroko. Zamaszystym gestem ręki wskazał na ogrom produktów.

– Do wyboru, do koloru

Image

Niestety, nic w tym sklepie ie przypominało zabawek, które Fabler znał z gazet i opowieści. Niby były jakieś laleczki, figurki, ale większość z nich w dziwacznych kształtach. Fabler nie miał zielonego pojęcia jak można by ich używać. Jego uwagę najbardziej przyciągnęły kostiumy. „Ach tak. Bal przebierańców to nie taki zły pomysł. Ludzie założą kostiumy, puścimy muzyczkę, kupię jakieś winko i wszyscy będą się dobrze bawić. W końcu od dawna wiadomo, że każdy czuje się swobodniej w przebraniu”. Szybko zdecydował się na strój policjanta, strażaka, pielęgniarki i taki… jakby dziewczyny z niemieckiej karczmy. Zdziwił się trochę, że kosztowało to krocie, ale pomyślał, że jeżeli w grę wchodzi dobro przyjaciół, pieniądze nie mają znaczenia.

Imageabler B

Objuczony jak wielbłąd wyszedł ze sklepu. Uwielbiał dawać prezenty, więc jego ekscytacja unosiła go kilka metrów nad ziemią. Kiedy opadł, zauważył sklepowy baner wystający na ulicę Dietla. „Erotic Store”. Chociaż Miś nie zna języków obcych, to zna się na literaturze. Dobrze więc wie, że EROtyki to wiersze o miłości. „Dobrze trafiłem. Z miłości do przyjaciół podaruję im chwilę wytchnienia!”

Fabler próbuje uciec

Obrazek

Fabler próbuje uciec

Fabler zawsze miał naturę włóczykija. Nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu, co chwilę zmieniał znajomych, co chwilę przemeblowywał pokój. Raz wpychał swoje łóżko pod stół w przedpokoju, raz można było go znaleźć drzemiącego na lodówce lub między walizkami zmyślnie ulokowanymi na szafie.
– Nie wystoję, nie wytrzymam – marudził drepcząc w miejscu, gdy kolejka do lodów na Starowiślnej zdawała się przesuwać coraz wolniej,  odwrotnie proporcjonalnie do zniecierpliwienia Misia. Koniec końców zapominał o napięciu spowodowanym oczekiwaniem, kiedy tylko dostał w łapki swoją potrójną porcję lodów jagodowych, ale długo odchorowywał potem tę przymusową statyczność.

W pewien wtorek (wtorek to jego ulubiony dzień tygodnia ) Fabler zmęczony brakiem bodźców, które napełniłyby jego misiowy umysł wibrującą tęczą pomysłów, spakował walizkę i demonstracyjnie przeciągnął ją po całym mieszkaniu w kierunku drzwi wejściowych, aby każdy obecny mógł usłyszeć ferment. Ludzie wyszli do przedpokoju zdezorientowani. Fabler spod brwi patrzył na marazm ukryty w kieszeniach rozciągniętych piżam chłopców i w poluzowanych warkoczach dziewczyn. Ktoś przecierał oczy, ktoś drapał się po przedziałku.
– Wyprowadzam się. Nie zniosę już dłużej tej zatęchłej atmosfery, tego grzania grzędy i moczenia się w koncentracie z nudy. To mieszkanie, to miasto doprowadzi mnie w końcu do mentalnej ruiny. Patrzę tylko przez okno jak wszystko kiśnie na moich oczach i jak znad Wisły unoszą się opary ludzkich niepowodzeń. Nie martwcie się, poradzę sobie. Kupiłem bilet na Wschód, nie powiem wam dokąd, żebyście mnie nie próbowali odwodzić od pomysłu, ani szukać. Żegnajcie przyjacielce. Już pewnie nigdy się nie spotkamy. Salut!

Fabler Bjorn opuścił mieszkanie przy Karmelickiej 70. Ludzie stali przez chwilę nieruchomo ospali i otępiali, co sprawiło, że nie byli w stanie wydusić z siebie nawet słowa pożegnania w odpowiedzi. Zamknęli za Fablerem drzwi na dolny zamek, postali jeszcze chwilę na korytarzu, ale ponieważ wszyscy mieli bose stopy, a podłoga wyłożona jest terakotą, zrobiło im się zimno i rozeszli się każdy do swojego pokoju.

Tymczasem Fabler dotarł na dworzec PKP. Peron wydawał się być koszykiem dojrzałych, ściśniętych truskawek tryskających złym słowem i plujących pod siebie. „Strach pomyśleć, jaki koktajl zrobi się z nich, kiedy już podstawią pociąg i wszyscy rzucimy się do zajmowania miejsc w przedziałach” pomyślał nasz bohater. Jak zwykle PKP nie stanęło na wysokości zadania. Chwila oczekiwania wydawała się przeciągać w nieskończoność. Fabler utkwił wzrok w śrubce samotnie leżącej na płycie peronu. Jak na złość przypominały mu się same najwspanialsze chwile spędzone w Krakowie. Projektor pamięci wyświetlał mu przed oczami zmieniające się pory roku. Jesienne słoty i skakanie po kałużach, które mieniły się chemiczną tęczą i kusiły puszczając oko do resztek letniego światła. Zimowe spacery po plantach z ogromnym kubkiem migdałowej coffee to go i długie rozmowy z ludźmi. Opierali zmarznięte stopy o nagrzany do czerwoności kaloryfer i czekali na pierwsze krokusy. Wiosenne wyprawy rowerowe i codzienne wizyty na targu dla kontroli cen świeżych warzyw. Wszystko, jak drobne puzzle, układało mu się w krajobraz namalowany wyłącznie ciepłymi barwami. Zaszkliły się oczy Misia. Nie znosi okazywania niekonsekwencji, przyznawania się do słomianego zapału, odkładanych podróży, ale, no cóż, nie da się odkochać w Krakowie.

Ze spuszczoną głową zadzwonił domofonem do drzwi. Zdążył już wcześniej wrzucić swój klucz do studzienki kanalizacyjnej (za pewne znajduje się ich tam wiele), więc nie miał jak dostać się do domu. Ludzie otworzyli mu z wyrazami twarzy pełnymi skrępowania .
– Ale Fabler… mówiłeś, że wyjeżdżasz na zawsze. Byłeś taki pewny siebie, zdeterminowany. Bo wiesz stary… My już mamy kogoś na twoje miejsce…
– Minęło dopiero kilka godzin! Jak to możliwe? – wykrzyczał zrozpaczony Miś.
– Byłeś ostatnio taki niespokojny i ciągle rozgniewany. Domyśliliśmy się, że coś jest na rzeczy…

Fabler nie chciał słuchać pokrętnych wyjaśnień. Zachowali się tak, że powinien porzucić wiarę w przyjaźń i nigdy im tego nie wybaczyć, ale miękkie serce kazało mu wziąć kilka głębszych wdechów i przyznać się przed sobą, że to on zawinił. Poszedł nad Wisłę. Słońce chowało się już po drugiej stronie, Fabler obserwował jak niebo zmienia kolory. „Jaki powinien być mój następny krok?”zastanawiał się. „Będzie ciepła noc, zdrzemnę się tutaj, a jutro zacznę szukać nowego mieszkania. Blisko Wisły, żeby móc czasem popatrzeć na te opary niepowodzeń i rozczarowań…|