Category Archives: W biegu

Fabler na Selectorze

Zwykły wpis

Być może zastanawialiście się już, co poza pracą i świetnym gustem muzycznym skłania Fablera do brania udziału w festiwalach. Odpowiedź jest o tyle prosta, co nieco krępująca: Fabler cały czas szuka przyjaciół. Kwestia poznawania ludzi nurtuje go od pewnego czasu na tyle, że nie może spać, a owsianka zamiast rozmiękać w mleku, raz za razem przywiera do garnuszka aż w całej kuchni unosi się swąd przypalonego mleka. Fabler bardzo długo był przekonany, że nawiązywanie znajomości to banał. Wystarczy wybrać się w zatłoczone miejsce, nadepnąć komuś na małego palca u stopy, powiedzieć „przepraszam” i tak oto narodzi się przyjaźń mocna niczym węzeł gordyjski. Odkąd Fabler zamieszkał przy Karmelickiej, od czasu do czasu organizował sobie polowania. Zawsze jednak wracał przygnębiony, z ramionami przygniecionymi przez uczucie zawodu. Ludzie negatywnie reagowali na jego poszturchiwania, więc po pewnym czasie zmienił metodę. Przypomniał sobie jak bohaterka jego ulubionej książki z dzieciństwa zrealizowała projekt testowania uśmiechu. Wraz z grupą znajomych badała reakcje przypadkowych ludzi i były względnie zadowalające. Fabler postanowił powtórzyć eksperyment. Nie przewidział jednak, że społeczeństwo mogło tak bardzo się zmienić przez 40 lat. Uśmiechał się na plantach, w tramwajach i sklepach. W delikatesach przy rynku pani ekspedientka odczytała jego uśmiech jako oznakę zagranicznego pochodzenia i przyjmując kartę płatniczą wydała polecenie „Pin and green” oczywiście nie odwzajemniając próby zaprzyjaźnienia się. Jedynymi życzliwymi okazali się parkowi kloszardzi, ale w ich entuzjazmie Fabler wyczuwał interesowność.

Image

Zaopatrzył się Fabler w zestaw poradników nawiązywania znajomości. Wśród jego ulubionych pozycji znalazły się Jak złapać i nie wypuszczać Dorothy Thomson, Kochać ludzi w XXIw? Garetta Newmana, Równowaga w tłumie Angeliny LewisPrzyjaźń – prawdy i mity Catherine Johnson-Carter oraz Poznajmy się – poradnik dla samotnych Howarda O’Briana. We wszystkich tych książkach znalazł wiele cennych rad, ale większość odnosiła się do miłości. Fabler boi się miłości jak obcych, więc ułożył poradniki w stosik i zostawił problem do wyrośnięcia w temperaturze pokojowej na kilka dni.

Nadeszła wiosna, a razem z nią czas wielkich wydarzeń kulturalnych. Kraków wydawał się garnkiem z zupą jarzynową, w której pływały same smakowite kąski. Z bogatej oferty Fabler wyłowił kilka, uzbroił się w bilety, odświeżył bilety i strój. Zaczął regularnie ćwiczyć przed lustrem serię nowych uśmiechów i pozdrowień łapką. Rozpisał sobie scenariusze ewentualnych spotkań i tak wyposażony wszedł w etap drugi misji „Fabler nawiązuje znajomości”. Pomysł nie wypalił przy okazji FMF-u, ale zbliżał się Selector.
„Na festiwalu elektroniki muszą być bardzo pozytywni ludzie. Skoro mają w sobie tyle energii, to na pewno chętnie się nią dzielą z innymi! Na koncertach będzie tłum. Przypadkowy kontakt fizyczny wyzwala substancje chemiczne odpowiedzialne za wzajemną sympatie. Tak przynajmniej pisze Catherine Johnsin-Carter” sam sobie tłumaczył Miś wybór imprezy. Musiał to robić, bo tylko afirmacja mogła ocalić go przed atakiem paniki wywołanym electrostrachem.

Jak przewidział, tak też było. Nawet nie zauważył kiedy pod wpływem natarcia ze strony podskakującej fali ludzi wylądował pod sceną na koncercie Neon Indian. Przyglądając się muzykom wywijającym w rytm własnej muzyki przyszło mu na myśl, że gdyby był człowiekiem chciałby wyglądać jak Alan Palomo. Ten wieczór nie zaliczał się do udanych. Miś przyszedł na Festiwal sam i niestety nikogo nie poznał. Co chwilę zmieniał miejsce i kąt patrzenia, ustawiał się w pozach, które miały nadawać mu wygląd wyluzowanego i pewnego siebie osobnika, do którego fajnie zagadać. Rozkładał się na leżakach przed sceną Roxy.fm i ruszał jedną łapką w rytm basów. Nic z tego. Niby ktoś usiadł obok, niby wiele ludzi przyglądało się atrakcyjnemu misiowi, ale nikt nie poświęcił mu większej uwagi. Dzień I Fabler zapisał w kalendarzu jako „Klapa stulecia”.

Fabler bywa bardzo zdeterminowany. Nie olał sprawy, ale pełen nowej energii zawędrował ponownie na krakowskie błonia w sobotę. To dopiero była impreza! Fabler miał wrażenie, że gdy zamyka oczy, ze sceny rzucają w niego dojrzałymi pomarańczami, które jeszcze ciepłe od południowego słońca, rozbryzgują się w powietrzu i Imagezostawiają wszędzie cytrusowy aromat. Wszyscy dookoła zamienili się w kolorowe piłeczki, kauczukowe kulki, podskakujące cukierki Nim2, w których środku drzemie owocowo-witaminowe serce. Szalone wizualizacje, światła tańczące na ludzkich twarzach. Z uszu Fablerowi wyciekała guarana lub żeń-szeń. Naładował baterie i choć czuł się po tym przez chwilę jak bohater reklamy Duracela, z którym bardzo nie chciałby być utożsamiany, miał wrażenie, że optymizm powrócił do niego jak najprawdziwszy aborygeński bumerang. Ze zdwojoną siłą. Lawirował trochę Fabler między namiotami, biegał jak szalony spod sceny pod scenę. Celowo potrącał ludzi, zaczepiał ich i niektórzy mieliby pewnie wrażenie, że jest pijany, gdyby sami nie byli zalani w sztos.

– Piękni ludzie oto jestem królem electro! – wykrzykiwał Fabler dając się ponieść ludzkim dłoniom nad ich głowami. Pierwszy raz w życiu nie przeszkadzało mu, że obce palce dotykają jego koszulki w paski.

Ludzie faktycznie byli piękni. Zadbani, pachnący. Mężczyźni o nonszalancko zapomnianym zaroście, który wybujał tylko do odpowiedniej długości, w wąskich spodniach i kaszkietówkach z szerokim daszkiem wprowadzili Fablera w nieznany świat lansu. Kobiety o włosach do pasa, ślicznie zarysowanych taliach schowanych pod szerokimi bluzami zataczające koła wszystkimi częściami ciała na raz wyzwoliły w Fablerze nieznane dotąd uczucia. „Czyżby to właśnie była miłość? A może tak wygląda przyjaźń? Tak mało wiem jeszcze o ludziach, ale dobrze mi wśród nich” myślał i oddawał swoje ciałko na ofiarę bitom.

Zmęczony, zdyszany, zarumieniony od tańca uwolnił się z objęć tłumu i wyszedł przed festiwalowy namiot. Zimne powietrze zapiekło go w płucach i gardle. Ciepło i radość z prędkością rakiety odrzutowej uciekały przez uszy i stopy. Fabler z kosmicznego Misia-hipstera jak Kopciuszek o północy znów przeistaczał się w szaraczka. Muzyka ciągle jeszcze dudniła za jego plecami, gdy spacerkiem wracał do domu. Niby podskakiwał, niby nucił, ale coś uwierającego powróciło. „No przecież nie wymieniłem się numerami telefonów z moimi nowymi przyjaciółmi. Jak mamy zacieśniać znajomość?” pluł sobie w brodę mijając szalonych, rolkowych ghost riderów.

http://youtu.be/we9jeU76Y9E

Jeżeli znacie sposób, jak Fabler może nawiązać nowe znajomości, piszcie w komentarzach tutaj albo na Facebooku. Dla Was to może wydawać się banalne, ale on właśnie leży z gorączką, która wcale nie ma źródła w chłodnej nocy.