Category Archives: Fabler i niepełnosprawni duchowo

Dlaczego Matka Boska nie chciała rozmawiać z Fablerem?

Zwykły wpis

kapliczka

Wieś rozciągała się na planie krzyża. Nie wiedział o tym Fabler, ale bardzo ucieszył się, gdy polną drogę, którą przemierzał równym marszem, przecięła inna, tak samo nierówna i porośnięta po środku przerywanymi pasami wątłej trawy.

Na skrzyżowaniu stała ogrodzona kapliczka, w której za przybrudzoną szybką znajdowała się niebieska Matka Boska. Jej wzniesione do nieba oczy przypominały jeziora pełne chabrów, a sukienka pofałdowana rękami rzeźbiarza opływała drobne gipsowe ciałko. Figurka bardzo się spodobała Fablerowi, więc postanowił zrobić sobie przerwę na kolejną przekąskę w jej towarzystwie.

– Nie masz nic przeciwko, że się nie pomodlę przed trzecim śniadaniem, prawda Matko Bosko? Misie nie są zbyt religijne. Zresztą, jak pewnie się domyślasz, jestem ze Szwecji, a tam nie masz zbyt wielu fanów.

Matka Boska Chabrowa nie odpowiedziała ani słowem. Wciąż wpatrywała się w maleńki sufit nad swoją głową, który tylko symbolizował duchowe królestwo.

– Nic nie odpowiadasz, pewnie nie lubisz protestantów – kontynuował Fabler. – Albo tak jak ja uważasz, że szkoda słów na gadanie o bzdurach. Czasem dzwonią do mnie znajomi i pytają „co u ciebie Fabler?”, a ja im zawsze odpowiadam „wszystko w porządku, jakoś leci. A u ciebie?” Czy nie uważasz, że to marnowanie słów, skoro i tak wiadomo, że nikt się nie chciał niczego dowiedzieć? Read the rest of this entry

Fabler i łosiowy lęk egzystencjalny

Zwykły wpis

Smutoś

Moniuszki okazały się być wyspą na siatce drobnych rzeczek łączących okoliczne jeziora w jeden wielki system irygacyjny. Do tej oazy prowadzili – u dołu szara, dziurawa droga, a u góry zielony labirynt zbudowany z koron świerków, sosen i innych iglastych dzieci natury, w których mieszkały boginki i bogini, jak to wyobrażał sobie Fabler. Niektórzy mogliby  onim powiedzieć, że był pozamiejskim panteistą. Roślinność Krakowa napełniała go wstrętem. Był przekonany, że kominne dymy, obłoki spalonej ropy, wyziewy ludzkich procesów metabolicznych miały na tyle duże zagęszczenie, że niemożliwością stała się egzystencja istot wyższych w okolicznych parkach, na Plantach, w kwiatkach doniczkowych wystawionych na błogosławieństwo promieni słonecznych, które okazywały się być bezbronne wobec warstwy osadzającego się powoli na mieście pyłu. Ten oto miał wkrótce na zawsze pokryć miasto i sprowadzić na nie wieczny sen tak, jak lawa pokryła niespodziewających się niczego mieszkańców Pompeji. Dusze roślin w mieście, od dawna wyschnięte i nieożywione, tkwiły gdzieś wewnątrz włókien wiekowych drzew i nie odradzały wraz z narodzinami nowych wiosen. Zakończył się ich cykl ewolucyjny. Powróciły do stanu niebytu sprzed stworzenia świata.

Niewiadomo kiedy i gdzie podziała się zima. W Moniuszkach roślinność urządzała Dionizje. Niektóre drzewa chyliły się ku sobie i szeptały w kielichy drewnianych uszu szumne słowa nasycone namiętnością i rzucające rumieniec na kwiaty wyrastające na nielicznych krzewach. Inne wyciągały gałezie ku słońcu i, jak jaszczurki lub koty, mruczały i kierowały twarze ku życiodajnej gwieździe. Fabler zdziwiony tą nagłą zmianą klimatu poczuł, że jego zdziwiony żołądek odmawia posłuszeństwa.

„To niemożliwe. Dwieście metrów za nami wszystko śpi pod śnieżnymi pierzynami. Tutaj prawie słyszę muzykę disco.”

Read the rest of this entry