Author Archives: fablerbjorn

Wielki Korniszon Szczęścia

Obrazek

Wielki Korniszon Szczęścia

„Jeśli nie masz w co wierzyć, choć bardzo byś chciał, uwierz przynajmniej w Wielkiego Korniszona Szczęścia, a wszystko okaże się łatwiejsze” Fab.

Reklamy

Wolności aspekt niedokonany

Zwykły wpis

ikea kraków

Niektórzy mogą być rozczarowani, ale muszę teraz przerwać na chwilę opowieść o uzdrawianiu chorych duchowo, bo przyszedł czas na uzupełnienie historii.

Być może, czytając Niecodziennik Fablera, przyszła Wam do głowy myśl, że to cokolwiek niecodzienne, aby pluszowy Miś z kosza z zabawkami w sklepie, do którego nie zaglądają cholerycy (bo labirynt), ani fanatycy czystości (bo bakterie w ciasteczkach), ani zbyt bogaci, ani zbyt biedni, ani zbyt oryginalni, ani zbyt obojętni, zachowywał się jak człowiek. Poza tym dlaczego właśnie on? W którym momencie ze strzępków materiału bez DNA narodziła się osobowość? Czy podczas wypychania? Przyklejania oczek? Wpinania w pupę metki?

Postanowiłam rozwiać wątpliwości za pomocą cofnięcia się o kilka lat.

Jesienią roku, w którym salony fryzjerskie przeżywały oblężenie długowłosych kobiet pragnących ostrzyc się, w zależności od koloru włosów,  na Polę Negri lub Marlenę Dietrich, a mężczyźni wciąż jeszcze uważali zarost za objaw niechlujstwa, Klaudia, licealistka o małych oczach, lecz sporych udach nabrała zwyczaju włóczenia się po mieście w godzinach szkolnych lekcji. Nic dziwnego. W klasie o profilu zakonno-medycznym, do której wysłali ją bez pytania rodzice, nie było jednej przyjaznej osoby. Skupione na błyskotliwej karierze w indyjskich hospicjach przyszłe siostry zakonne w kajecikach zdobionych reprodukcją Klimta rysowały na przerwach mapy myśli lub robiły analizę SWOT, stojąc w kolejce do szkolnego sklepiku, w którym do wyboru były tylko francuskie rogale z czekoladą i francuskie rogale bez czekolady. Na ich widok Klaudię ogarniał smutek, choć nic w sumie nie miała do długich sukienek czy dziesiątce różańca przed posiłkiem. Sama nie wierzyła w żadnego boga oprócz producenta Maćków adwokatowych i Jacków pomarańczowych. (Po studenckie wiśniowie wciąż nie miała odwagi sięgać zostawiając je na niepewną przyszłość.) To, czy wierzyli w niego inny, zostawiała ich wyborom. Wszystko jej było obojętne.

Obojętność stała się obsesją Klaudii. Na początku starała się neutralizować wszystkie emocje związane z kontaktami z ludźmi. Wierzyła, że potrzebna jest jej do tego tylko siła woli, a tę wypracowała przez siedemnaście lat spędzonych w coraz ciaśniejszym mieszkaniu z coraz nowszym rodzeństwem. Młodsze dzieci pojawiały się w domu średnio co dwa lata, więc cały czas ktoś wył w niebogłosy, ktoś uczył się mówić, ktoś pisać, a ktoś inny zadawał krępujące pytania. Regularnie co drugie dziecko zmieniała się tylko płeć. Chłopiec, dziewczynka, chłopiec, dziewczynka. Klaudia, która była najstarsza z całego tego tałatajstwa, zastanawiała się, kiedy w końcu rodzice wyprodukują trzecią płeć, opatentują ją i zarobią na trzynastoosobowy autobus.

Ciągły harmider i obijające, obejmujące, wijące się pod nogami jednostki ludzkie kazały Klaudii szukać wolności w głębi samej siebie.

Z kolejnej bitwy o Polskę powróciła niska, rumiana mama o cielęcych, błękitnych oczach i biodrach ulepionych do rodzenia, mama-patriotka, mama, której największym strachem zawsze była samotność, więc postanowiła otoczyć się wianuszkiem dzieci tak na wszelki wypadek, gdyby któreś miało wyemigrować, zginąć w powstaniu czy odkryć w sobie homoseksualistę. Jej kolejnym trofeum był tłuściutki chłopczyk: 56 cm, 3800 g, lecz tylko 6 pkt w skali Apgar. Pewnie zapierał się mocno przez opuszczeniem matczynego łona i poddusił się przy tym nieco, ale nie to nas zajmuje. Chłopczyk nie będzie odgrywał w historii żadnej roli. On był tylko przeładowaną ciężarówką przekraczającą normy bezpieczeństwa na moście linowym, zbyt dużym naporem ciśnienia na popękaną tamę. Klaudia postanowiła uciec. Read the rest of this entry

Czy podnieść cię na duchu Fablerze?

Zwykły wpis

symbol teatru

Drzwi, a właściwie wrota Ośrodka były o wiele za duże dla Fablera. Misiowi od dawna wydawało się, że świat został uszyty na jakąś dziwną, nieproporcjonalną miarę. Tym razem twórcy materii  przegięli – nie dość, że musiał wspinać się na pokryte mchem betonowe schody, z których odpadały fragmenty i raniły mu łapy, to nawet drewniany próg sięgał do kolan. Nigdy wcześniej Fabler nie czuł się tak mały, kruchy i niewiele znaczący. Usiadł na progu i dumał: „I tu zaczyna się wąskie gardło antymisiowej rzeczywistości”.

Nagle drzwi uchyliły się i ze szpary dobiegł miły, damski głos:

– Czy podnieść cię na duchu?

– Nie, ale dzięki za otwarcie! – ucieszył się Fabler przechodząc przez próg. Wbrew pozorom kobieta w środku nie była olbrzymem, ale drobnym człowiekiem w lawendowej garsonce i kołnierzyku zapiętym pod samym jabłkiem Adama. To miała dziwnie nabrzmiałe i wręcz męskie, ale Fabler nauczony licznymi nieprzyjemnościami wynikającymi z nadmiernej szczerości, ugryzł się w język jak uczeń walczący o celujący z zachowania.

Wnętrze również nie przypominało nadnaturalnego świata ludzi z nadmiarem hormonu wzrostu. Wręcz przeciwnie – robiło wrażenie przytulnego. Wąski korytarz oklejony był u dołu bordową, a u góry kremową tapetą z wyciskanymi wzorami w kształcie liści. Podłoga z linoleum imitującego parkiet lśniłą nienaganną czystością. Powietrze pachniało czymś słodkim i lepkim, ale to z pewnością nie była wata cukrowa.

Kobiecinka dreptała za maszerującym przed siebie w niewiadomym kierunku Fablerem, szczebiocząc:

– Bardzo cieszymy się, że już dotarł pan bez problemu. Dyrektor chciał po pana wyjechać, ale samochód nie zapalił i oddelegował mnie do wyglądania przez okno. Na szczęście jest już pan u nas cały i zdrowy, rumiany nawet jak widzę! Powietrze w Moniuszkach dobrze robi, niech pan oddycha głęboko! Dotleniony umysł to płodny umysł.

Fabler jej nie słuchał, ale zaczynało go irytować, że go śledzi. Nie wydawała się kompetentną osobą, a raczej wiejską urzędniczką z problemem natury jeśli nie duchowej, to przynajmniej wizualnej. Oczami wyobraźni widział, jak jej natapirowana, ultra jasna grzywka faluje w rytm drobnych kroczków i śmiał się w duchu z prowincjonalnego makijażu. Dobrze wiedział, że nie powinien, że nie szata zdobi człowieka i nie oceniaj książki po okładce, ale jakaś uporczywa siła wywoływała na jego twarzy grymas politowania i bał się, że towarzyszka pędu to zauważy, jeśli się odwróci w jej stronę. Odpowiadał jej więc, prując przed siebie i ciągle przyśpieszając z nadzieją, że nie wyrobi kondycyjnie, złapie zadyszkę i odpadnie w wyścigu.

– Nic nie rozumiem, przyjechałem tu, żeby pomóc…

Korytarz nagle się skończył. Przed Misiem wyrosły kolejne drzwi. Tym razem otworzyły się jak na fotokomórkę i rozpędzony Fabler wpadł do środka prosto przed kilkadziesiąt osób zajmujących szkolne krzesełka w kilku rzędach i grzecznie trzymających dłonie na kolanach. Wszyscy wyczesani, wyprasowani, twarze wymyte. Może nawet pachnieli? Skupili wzrok na wchodzącym i na znak starszego mężczyzny, którego Fabler rozpoznał jako dyrektora po siwych włosach i długim kitlu narzuconym na garnitur, zaczęli bić brawo.

– Witamy autora serdecznie! – dyrektor podszedł do Misia z wyciągniętą ręką. Fabler podał mu niepewnie łapę. – Baliśmy się już, że nie znajdzie pan naszych Moniuszek, nie tak łatwo tu dotrzeć, a tu niespodzianka! Małe opóźnienie, ale to dobrze, niecierpliwość podnosi temperaturę. Proszę spocząć – mężczyzna wskazał miejsce obok siebie za niewielkim biurkiem na przeciwko widowni.

– Moi drodzy: oto i on! Autor bestsellerowej powieści o poszukiwaniu własnej tożsamości, trudach życia jednostki obdarzonej ponadprzeciętną wrażliwością, o walce ze słabościami i nieprzychylnym społeczeństwem obojętnych, smutnych i ubogich duchowo ludzi. Brawa!

Sala zagrzmiała brawami, choć Fablerowi przypominało to podmokłą łąkę, na której żaby i bociany toczą dyskusje podniesionym głosem. Czuł się zupełnie wytrącony z równowagi. Jaki autor? Jaka powieść? On przecież nigdy nie napisał ani strony! Ba! Nie wiedział jak trzymać w łapie długopis, ołówek, z trudem wystukiwał odpowiedzi na smsy od znajomych, a tu proszę, spotkanie autorskie z nim, z ważną osobą. Czekali na kogoś nieprzeciętnego, oto jest i on, Miś, a wraz tym całym cyrkiem szansa na podniesienie poczucia własnej wartości. Fabler zaczął kombinować. Przypomniał sobie, a może zmyślił, że jednak coś kiedyś napisał, na pewno coś niesamowitego, co przeszło bez echa w Dużym Mieście, ale dotarło tutaj  pocztą pantoflową i zrobiło furrorę. Tutaj jest sławny i podziwiany. Tutaj go docenią, stanie się autorytetem, będą przychodzili do niego po porady, a on wyjmie swój notesik i będzie w nim szukał odpowiedzi na nurtujące ich problemy. Nie na darmo zapisuje w nim mądre zdania. W końcu ma szansę, by go dostrzeżono!

– Witam Państwa i przepraszam za spóźnienie! – wszedł na biurko, żeby było go lepiej widać i rozpoczął improwizację. – Moniuszki to malownicza miejscowość, a do tego sprytnie ukryta przez pułapkami cywilizacji. Gratuluje Wam tego miejsca i dziękuję za zaproszenie. Jestem tutaj, byśmy mogli porozmawiać o mojej powieści…

Tu Fabler wpadł w pułapkę swojej fantazji. Nie znał tytułu książki! Rozejrzał się po sali w poszukiwaniu stosiku błyszczących, kolorowych książeczek w twardej okładce, na których wielkimi literami wydrukowany by był najlepiej jednowyrazowy tytuł. Nic z tego.  Niezbyt okazała wieżyczka opierała się smętnie o ścianę wyłożona na stoliczku z daleka od wzroku Misia.

– … w mojej powieści, która jest adopcją myśli wielu myślicieli, poetów, filozofów i po prostu mądrych ludzi, których spotkałem w życiu, spotkają Państwo… siebie. Nie bez przyczyny ma formę…taką, jaką ma. Chodzi o to, że… wszyscy w niej jesteśmy! I ja, i wy, i pan dyrektor. Jesteśmy w niej po to, by czerpać od siebie nawzajem, by tropić wskazówki, które ułatwią nam drogę i pokażą z nieco innej perspektywy nas samych. Uwierzcie mi, to naprawdę niezbędne do odzyskania równowagi! Nie było łatwo napisać tę książkę, oj nie! Ale zrobiłem to tak dla siebie, jak dla was. Cieszcie się nią razem ze mną!

Anemiczne brawa urosły w uszach Fablera do wielkości aplauzu na gali wręczenia Złotych Fenków. Kłaniał się na lewo, na prawo i na wprost, uśmiech podniósł mu poduszeczki policzków tak, że przez szparki oczu prawie nic nie widział. Teraz już miał stuprocentową pewność, że to on napisał bestseller. Musi sobie tylko przypomnieć kiedy, w jakich okolicznościach i, co najważniejsze, o czym.

– Dziękujemy autorowi za wstęp, teraz czas na pytania do autora – zarządził dyrektor, nalewając gościowi soku i podsuwając talerzyk z ciasteczkami, które zniknęły w ułamku sekundy.

Dlaczego Matka Boska nie chciała rozmawiać z Fablerem?

Zwykły wpis

kapliczka

Wieś rozciągała się na planie krzyża. Nie wiedział o tym Fabler, ale bardzo ucieszył się, gdy polną drogę, którą przemierzał równym marszem, przecięła inna, tak samo nierówna i porośnięta po środku przerywanymi pasami wątłej trawy.

Na skrzyżowaniu stała ogrodzona kapliczka, w której za przybrudzoną szybką znajdowała się niebieska Matka Boska. Jej wzniesione do nieba oczy przypominały jeziora pełne chabrów, a sukienka pofałdowana rękami rzeźbiarza opływała drobne gipsowe ciałko. Figurka bardzo się spodobała Fablerowi, więc postanowił zrobić sobie przerwę na kolejną przekąskę w jej towarzystwie.

– Nie masz nic przeciwko, że się nie pomodlę przed trzecim śniadaniem, prawda Matko Bosko? Misie nie są zbyt religijne. Zresztą, jak pewnie się domyślasz, jestem ze Szwecji, a tam nie masz zbyt wielu fanów.

Matka Boska Chabrowa nie odpowiedziała ani słowem. Wciąż wpatrywała się w maleńki sufit nad swoją głową, który tylko symbolizował duchowe królestwo.

– Nic nie odpowiadasz, pewnie nie lubisz protestantów – kontynuował Fabler. – Albo tak jak ja uważasz, że szkoda słów na gadanie o bzdurach. Czasem dzwonią do mnie znajomi i pytają „co u ciebie Fabler?”, a ja im zawsze odpowiadam „wszystko w porządku, jakoś leci. A u ciebie?” Czy nie uważasz, że to marnowanie słów, skoro i tak wiadomo, że nikt się nie chciał niczego dowiedzieć? Read the rest of this entry

Fabler i łosiowy lęk egzystencjalny

Zwykły wpis

Smutoś

Moniuszki okazały się być wyspą na siatce drobnych rzeczek łączących okoliczne jeziora w jeden wielki system irygacyjny. Do tej oazy prowadzili – u dołu szara, dziurawa droga, a u góry zielony labirynt zbudowany z koron świerków, sosen i innych iglastych dzieci natury, w których mieszkały boginki i bogini, jak to wyobrażał sobie Fabler. Niektórzy mogliby  onim powiedzieć, że był pozamiejskim panteistą. Roślinność Krakowa napełniała go wstrętem. Był przekonany, że kominne dymy, obłoki spalonej ropy, wyziewy ludzkich procesów metabolicznych miały na tyle duże zagęszczenie, że niemożliwością stała się egzystencja istot wyższych w okolicznych parkach, na Plantach, w kwiatkach doniczkowych wystawionych na błogosławieństwo promieni słonecznych, które okazywały się być bezbronne wobec warstwy osadzającego się powoli na mieście pyłu. Ten oto miał wkrótce na zawsze pokryć miasto i sprowadzić na nie wieczny sen tak, jak lawa pokryła niespodziewających się niczego mieszkańców Pompeji. Dusze roślin w mieście, od dawna wyschnięte i nieożywione, tkwiły gdzieś wewnątrz włókien wiekowych drzew i nie odradzały wraz z narodzinami nowych wiosen. Zakończył się ich cykl ewolucyjny. Powróciły do stanu niebytu sprzed stworzenia świata.

Niewiadomo kiedy i gdzie podziała się zima. W Moniuszkach roślinność urządzała Dionizje. Niektóre drzewa chyliły się ku sobie i szeptały w kielichy drewnianych uszu szumne słowa nasycone namiętnością i rzucające rumieniec na kwiaty wyrastające na nielicznych krzewach. Inne wyciągały gałezie ku słońcu i, jak jaszczurki lub koty, mruczały i kierowały twarze ku życiodajnej gwieździe. Fabler zdziwiony tą nagłą zmianą klimatu poczuł, że jego zdziwiony żołądek odmawia posłuszeństwa.

„To niemożliwe. Dwieście metrów za nami wszystko śpi pod śnieżnymi pierzynami. Tutaj prawie słyszę muzykę disco.”

Read the rest of this entry

Notatka na marginesie

Dzień przed wyjazdem Fabler dostał gorączki. Czasem tak się już dzieje, że pewne jednostki chorują, jeśli brakuje im odporności na własną wyobraźnię, a tej Misiowi nie poskąpiono. Od spotkania z Michałem w jego głowie klocek po klocku budował się obraz niezwykłego miejsca, w którym lekarze, a może kapłani wlewają w odrętwiałe, blade ciała nowego ducha. Fabler wcale nie czuł, żeby sam miał wielkie problemy z duszą. Wierzył, że istnieje, ale nigdy nie próbował jej zdefiniować, ani tym bardziej scharakteryzować. Myśl o uzyskaniu informacji od specjalistów na temat czegoś tak mistycznego także zalęgła się w fantazji Fablera i tam rozrastała jak magiczna roślina, której gałęzie wydłużają się, twardnieją i z impetem wsuwają się w drzwi i okna domów na oczach ich mieszkańców. W ten sposób zwykła ciekawość urosła do rozmiarów konieczności. Fabler po raz kolejny spakował plecak. Jak zwykle wymknął się po angielsku.

Dzień, który Miś wybrał na wyjazd, matematycy określili wcześniej jako „najsmutniejszy dzień w roku”. Oznajmił to prezenter Radia Plantastic, wesołym głosem wyśpiewując: Nadszedł długo oczekiwany przez samobójców Blue Monday! Amerykańscy naukowcy mówią, że gorszego dnia w tym roku nie będzie, ale my, Polacy, dobrze wiemy, że w tym kraju same Blue Tuesdays, Wednesday and Thursdays! Tylko Fridays dają się znieść, bo można pobujać się w klubie przy takich piosenkach, jak ta, którą za chwilę usłyszycie. Na specjalne zamówienie Rysi z Rybnika – Jola z przebojem „Nie wstydź się powiedzieć kocham”.

Fabler szybko pożałował, że nie wziął ze sobą słuchawek albo stoperów. Próbował zatkać uszy łapkami, ale plusz nie najlepiej sprawdza się w takich sytuacjach. Po kilku minutach walki ze sobą postanowił poprosić kierowcę o przyciszenie, czekały go jednak karcące spojrzenia współpasażerów. Zrezygnowany zagryzł dolną wargę i pomyślał, że jakoś wytrzyma te 7 godzin podróży. Na przystanku w Kędziorkach do busa wsiadła starsza blondynka w długim, futerkowym płaszczu. Wyglądała na elegancką kobietę sukcesu, Fabler poczuł się przy niej dobrze. Bardzo lubi ładnie pachnących, zadbanych ludzi, którzy nie wloką za sobą poplątanych wstążek złej energii, a ich problemy nie wyciekają z głów wszystkimi możliwymi dziurkami. Taka wydawała się być Blondynka. Zajmowała tylko tyle miejsca, ile potrzebowała jej fizyczna postać. Siadając, uśmiechnęła się delikatnie do Misia, wyciągnęła z torebki „Świat Pudru” i zagłębiła się w lekturze. Mało brakowało, a Fabler oparłby o nią ciążącą od pewnego czasu głowę i zapadł w ciepły, pachnący drogimi kosmetykami sen. Wkrótce jednak, ku nieszczęściu Misia,  zaczęła nucić. Uparcie naśladowała przebój Joli, a raczej sam jej refren. Raz za razem i znów. Nuciła, wydmuchując potoki ciepłego powietrza przez nos i uśmiechała się przy tym bezczelnie, a może  dobrotliwie? Melodia rozsadzała głowę Fablera. Miał wrażenie, że wycieka z nosa kobiety jak aksamitne sznurówki i oplata się wokół jego skroni, by za chwilę wedrzeć się przez uszy do mózgu i jednym, zdecydowanym ruchem zawiązać tam pętelkę i skończyć misiowe męczarnie.

Czy to możliwe, że ona odprawia nade mną jakiś rytuał? Na pewno próbuje mnie uśpić, ale co dalej. Co robić? Co robić? Uderzyć? Fabler myślał intensywnie. Gdyby ktoś wpatrywał się mocno w jego głowę, na pewno zobaczyłby dookoła niej delikatną, błękitną poświatę. Tyle energii zużywał Miś na wymyślenie sposobu ucieczki.

– Boisz się mnie? – zapytała towarzyszka podróży, która zauważyła panikę Fablera. Przerażonym Misiom sztywnieją uszy i odrobinę, odrobineczkę drżą. Blondynka musiała być dobrym obserwatorem.

– Boję – opowiedział Fabler.

– Niepotrzebnie. To mnie uspokaja. Kiedy mam napad lęku przed pustką, nucę. Nucę, żeby słyszeć, że jestem.

– Ale jest pani cały czas, przecież  widzę. – Fabler spoglądał teraz na Blondynkę wzrokiem pełnym wyższości. Przyznała się do strachu, więc miał przewagę. Własne lęki słabną przecież, gdy ktoś obok wyznaje, że się czegoś boi.

–  Wiem. Wiem, ale jeśli możesz mnie potrzymać za rękę, dopóki nie zasnę, przestanę nucić.

Miś bez słowa ścisnął rękę towarzyszki. Wydawała się dziwna i z pewnością była obcą osobą,a tych Fabler starał się zawsze unikać, ale nie wytrzymałby ani chwili dłużej w otoczeniu tych dźwięków. I nagle wszystko ucichło. Samochód wjechał w las, radio przestało łapać fale. Blondynka zasnęła i już tylko cichutko pochrapywała. Inni pasażerowie wysiedli, co Fabler zauważył dopiero teraz. Wyjrzał przez okno. Za nim zamiast miejskiej pluchy rosły zaspy rażące bielą w oczy. Dalej na baczność stały chudziutkie pienie choinek przypominające nogi modelek wystawione w cieniutkich rajstopkach na mróz. Aż dziw, że nie pokrywała ich gęsia skórka i że nie drżały.

Zapadał zmrok. Auto sunęło powoli, a spod jego kół wydobywało się jednostajne chrobotanie zamarzniętego śniegu. W tym chrzęszczeniu Fabler znalazł w końcu  przyjemną dla ucha melodię. Zrobiło mu się błogo. Ostre brzegi jawy zaczęły się odrobinę zacierać, zamazywały się coraz bardziej, mieniąc się i pobłyskując. Czy to niebo migotało czy Blondynka otworzyła na chwilę oczy, a z nich wysypało się na Misia całe morze brokatu? Wjechali do Moniuszek.

Fabler i dźwięki

Wyzwanie 52

Obrazek

Wyzwanie 52

Ja i Fabler chcielibyśmy poinformować wszystkich czytelników, że bierzemy udział w Wyzwaniu 52. Dzięki temu możecie liczyć na cotygodniowe wpisy z nowymi odcinkami historii Fablera. Zaglądajcie tutaj, bo nasz bohater jest na dobrej drodze do odkrycia wielu ludzkich tajemnic i znów będzie próbował brać świat na misiowy rozum. Stay tuned!

Fabler i niepełnosprawni duchowo cz. I

Zwykły wpis

Nie wszystkie dni z misiowego życia są godne opisania. Wszystko wskazywało na to, że ten czwartek, jak wiele poprzednich, również będzie się do takich zaliczał.

Fabler wybrał się jak co dzień do baru mlecznego „Ludzka komedia”, gdzie jak co dzień zamówił pół talerza zupy pomidorowej i półtora naleśnika ze szpinakiem oraz buraczkami zasmażanymi na osobnym talerzyku.  Z trudem, bo jest niskiego wzrostu, zaniósł talerze do stolika najbardziej schowanego w kącie i wybrał krzesło tak, żeby nie musieć patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy do „Ludzkiej komedii” przychodzili z bloczkami z pomocy społecznej. Powiecie zaraz: a gdzie misiowa empatia!? gdzie współczucie, gdzie wyrozumiałość? Otóż Fabler bał się, że w jednej z tych zeschłych jak skórka tygodniowego chleba i pomarszczonych wcale nie jak pieczone jabłuszko twarzy zobaczy siebie. Spod ciężkich powiek kobiety z przetłuszczonymi włosami zebranymi wysoko w kucyk karmiącej umorusanego malucha spojrzy na niego obojętny wzrok zrezygnowanego człowieka. Fabler był zagubionym Misiem. Tak jak oni wszyscy już dawno przestał zadawać sobie pytanie:  w jakim celu tu jestem? Był z dnia na dzień.

Kolejna łyżka zupy poparzyła misiowy język. Nie zaklął, ani nie zirytował się, wręcz przeciwnie – uczucie bólu sprawiło, że świat na chwilę się wyostrzył i Fabler przez ułamek sekundy znów zaczął widzieć detale: nieco zbyt długie, brudne pazurki, plamę na biało-niebieskiej koszulce, przykurzone serduszko. Uśmiechnął się do siebie, kpiąc z własnego zawieszenia. W tym momencie ktoś z całej siły klepnął go w plecy. Kilka klusek wytrysło z ust Fablera i dostojnie zasiadło na szarawej firance, przez którą widać było przemykające przez aleje Bohaterów Żeromskiego auta. 

– Fabler, kopę lat! – odezwał się do Misia rosły mężczyzna w skórzanej kurtce. Wystawał mu spod niej czarny golf opinający się ciasno na wydatnym brzuchu. Fabler od razu rozpoznał Michała, pracownika Ikei, który jako jedyny zostawał czasem po pracy w sklepie i rozmawiał z nim i z jego krewnymi. Mimo nadmiernej potliwości, wiecznie mokrych rąk i zatkanego nosa, Michał słynął z daru przyciągania ludzi. Wszyscy lgnęli do niego szczególnie wtedy, gdy było im w życiu źle, bo wiedzieli, że będą mogli zaczerpnąć od niego trochę pozytywnej energii i, nakręceni jak analogiczne zegary, znów ruszą w świat, na długo zapominając o koledze. Fabler, aż wstyd przyznać, również zapomniał o jego istnieniu.

– Michał? Dobrze Cię widzieć. Jak leci? Co u żółtków? 

– Leci, jakoś leci. A już nie pracuję w Ikei, zwolnili mnie. Byłem po prostu za brzydki, ale oni stwierdzili, że wynosiłem ogromne ilości ołówków, miarek i kto wie czego i lepiej żebym się nie stawiał, bo mają świadków i zobaczymy się w sądzie. Głupie, nie?

– Typowe.

– Sprzątam teraz u OOND-rze. Ośrodku Opieki nad Niepełnosprawnymi Duchowo. Moja siostra pracuje tam od kilku lat na kuchni, jej bliźniaki chodzą do szkoły przy ośrodku i jest z tego bardzo  zadowolona. Mają po 7 lat, a ze świecą szukać tak uduchowionych dorosłych. Jak na przykład jest wieczór, a one nadal nie mają odrobionych lekcji, Kasia, moja siostra, mówi: Chyba jakieś robaczki zjadają wasze dusze, trzeba je szybko powstrzymać! Dzieciaki wtedy migusiem, skupiają się i już, spokojne jak aniołeczki. Wiedzą, jak pielęgnować duszę i dlaczego to jest takie ważne. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielu ludzi w moim wieku ląduje w Ośrodku. Faceci, baby, emeryci, dzieciaki wytatuowane, zakolczykowane, z bluzgiem na językach. Przywożą ich karetkami, jedna za drugą. Czasem się dziwie, że aż tylu ich się u nas mieści. Dostawiają łóżka do pokojów i wydaje mi się, że niedługo cały budynek pęknie nie tylko od ich ciał, ale od tego ogromu problemu bezduszności, jaki ze sobą przynoszą. Jak za długo przebywam w salach świeżaków, to aż mdli mnie od tego i głowa boli następnego dnia. Za to na koniec, Fabler, rewelacja! wychodzą wszyscy czyściutcy, wypolerowani. Oczy im się błyszczą, włosy zaplecione albo równo przystrzyżone… Mają schludnie wyprasowane ubrania, przestają machać rękami i grzebać sobie we włosach, za to uśmiechają się i nawet chętnie mi pomagają.

Fabler zasłuchał się w historię Michała i poczuł, że to może być coś, czego potrzebuje. Kontaktu z ludźmi, którzy zostali naprawieni, natchnieni duchem i których wypuszcza się w świat gotowych do produktywnego życia. 

– Nie potrzebujecie tam wolontariuszy czy coś? – zapytał Miś.

– Jasne! Właśnie to chciałem Ci powiedzieć! – Michał żywo zareagował na pytanie. – Pacjentów coraz więcej, nie ma komu pracować. Lekarze harują po nocach, potrzebują pomocy i to natychmiast. Przyjedź w weekend, będę miał więcej czasu, to cię oprowadzę i poznam z kierownikiem Łokietkiem. Tymczasem muszę lecieć, wpadłem tylko na chwilę do miasta załatwić kilka formalnych spraw. Trzymaj się Fab! – mocny uścisk dłoni kolegi otrzeźwił Misia. Chciał coś powiedzieć, ale tylko patrzył na szerokie, zgarbione plecy wychodzącego. Na stoliku leżała serwetka z napisem: Fundacja Niepełnosprawni Duchowo, Moniuszki 43. 

Moniuszki 43 – powtórzył w myślach Fabler. –  To kawał drogi, ale nic. Trzeba uratować resztki człowieczeństwa. 

Człowieczeństwa? 

[ciąg dalszy nastąpi]

Fabler nie lubi dzieci

Zwykły wpis

Kraków w środku stycznia przeżył uderzenie wiosny. Zaatakowała tak mocno i tak słonecznie, że w powietrzu dało się wyczuć ten rześko-cierpki zapach rodzących się roślin lub, jak kto woli, górskich krokusów.

Fabler Bjorn od kilku miesięcy, odkąd wpadł w depresję po powrocie do Polski, spał snem sprawiedliwego. Pluszowe misie mają ten przywilej, że w sen zimowy zapadają, kiedy tylko im się zechce i na tak długo, jak tylko sobie zażyczą. Los chciał, że w nowym mieszkaniu Fablera, pod chwilową nieobecność jego świadomości, pojawił się pewien rezolutny pięciolatek. O przepraszam najmocniej! Pięcio-i-pół-latek. Fabler nawet nie zauważył, jak z ożywionej istoty stał Małym Bratem i zaklinaczem dziecięcego snu. Co kilka dni misiowa łapka trafiała w gładziutką dziecięcą rączkę, która zanosiła przyjaciela do łóżeczka i układała go obok siebie na poduszce.

– Dobranoc Mały Bracie – szeptał chłopczyk, mrużąc zmęczone oczy.

– Dobranoc Wielki Bracie – odpowiadał Miś, który już za momencik miał całkiem się wybudzić z zimowego snu.

Jednej z nocy, gdy chłopiec cichutko posapywał, błądząc po krainie pingwinów z Madagaskaru, Smerfów i innych tworów dorosłej wyobraźni, Fabler obudził się na dobre. 

– Olaboga! – wykrzyknął i za chwilę zatkał sobie łapką usta. Nie chciał obudzić Wielkiego Brata, który błogo uśmiechał się przez sen. – Chyba zostałem potraktowany jako zabawka? Czy Przyjaciele już o mnie nie pamiętają? Czy Paulina całkiem zapomniała, że jestem niezwykłym Misiem?

Nic z tych rzeczy. Paulina dobrze wiedziała, że przyjdzie moment, gdy Fablera i jej drogi będą musiały się trochę rozejść. Czas płynie do przodu, ludzie i misie angażują się w różne zadania i zaczynają mieć dla siebie coraz mniej czasu. Jedni wyjeżdżają, inni tworzą małe jednostki społeczne zwane rodzinami i są nimi tak zafascynowani, tak rozentuzjazmowani, że celebrują każdy familijny wieczór, spychając na plan dalszy aktywności, które kiedyś sprawiały przecież tyle przyjemności. Paulina się zakochała. Z wzajemnością. Każdego popołudnia przybiegała do domu cała w skowronkach, żeby tylko być bliżej, mocniej, dłużej, cieplej, szczęśliwiej. Motyle wypływały jej z uszu i nosa.

– Bleh – skomentował jej stan Fabler, kiedy doszedł do siebie po nocnych rozważaniach – zatraciłaś siebie. Przy tym trybie życia nie masz już szans na zostanie słynną pisarką. Gdzie Twoje ambicje, gdzie Twoja niezależność?

Paulina nie odpowiedziała, nie spojrzała nawet na Fablera i Miś doszedł do wniosku, że miłość to musi być takie coś, co rozpycha się w człowieku jak olbrzym w łóżku i zabiera miejsce wyobraźni. Jego przyjaciółka straciła zdolność widzenia niewidzialnego.

Mało brakowało, a Fabler znów popadłby w stany lękowe, znów zacząłby nałogowo obgryzać paznokcie i co dziesięć minut myć zęby. Jak to miał w zwyczaju schował się w kącie i ukrył buzię w łapkach.

– Mały Bracie, jak się tu znalazłeś? – przemówił do Misia cieniutki głos dochodzący z uśmiechniętej buźki należącej do dziecka, które kucało naprzeciwko niego.

– Jak to jak? Na nogach.

– Pluszowe Misie nie chodzą na nogach – rzeczowo stwierdził chłopiec.

– Nie jestem zwykłym Misiem. Jestem Fabler Bjorn, pochodzę ze Szwecji. Badam Polskę zawodowo. Nie lubię dzieci. A Ty?

– Mam na imię Lubo. Nie pochodzę ze Szwecji. Nie mam jeszcze włosków na nogach i mało jem, więc nie jestem dorosły i nie pracuję. Tata pracuje, a ja chodzę do przedszkola. Miło mi cię poznać Misiu Fablerze. Poczytasz mi?

Może nie jest taki głupi jak inne dzieci – pomyślał Fabler. Pobiegł szybko na półkę z książkami, ściągnął z niej egzemplarz Bałaganu, książki dla dzieci, którą kiedyś wygrał w konkursie, zakomenderował ułożenie się w łóżku pod kołdrą i rozpoczął czytanie.