Fabler i łosiowy lęk egzystencjalny

Zwykły wpis

Smutoś

Moniuszki okazały się być wyspą na siatce drobnych rzeczek łączących okoliczne jeziora w jeden wielki system irygacyjny. Do tej oazy prowadzili – u dołu szara, dziurawa droga, a u góry zielony labirynt zbudowany z koron świerków, sosen i innych iglastych dzieci natury, w których mieszkały boginki i bogini, jak to wyobrażał sobie Fabler. Niektórzy mogliby  onim powiedzieć, że był pozamiejskim panteistą. Roślinność Krakowa napełniała go wstrętem. Był przekonany, że kominne dymy, obłoki spalonej ropy, wyziewy ludzkich procesów metabolicznych miały na tyle duże zagęszczenie, że niemożliwością stała się egzystencja istot wyższych w okolicznych parkach, na Plantach, w kwiatkach doniczkowych wystawionych na błogosławieństwo promieni słonecznych, które okazywały się być bezbronne wobec warstwy osadzającego się powoli na mieście pyłu. Ten oto miał wkrótce na zawsze pokryć miasto i sprowadzić na nie wieczny sen tak, jak lawa pokryła niespodziewających się niczego mieszkańców Pompeji. Dusze roślin w mieście, od dawna wyschnięte i nieożywione, tkwiły gdzieś wewnątrz włókien wiekowych drzew i nie odradzały wraz z narodzinami nowych wiosen. Zakończył się ich cykl ewolucyjny. Powróciły do stanu niebytu sprzed stworzenia świata.

Niewiadomo kiedy i gdzie podziała się zima. W Moniuszkach roślinność urządzała Dionizje. Niektóre drzewa chyliły się ku sobie i szeptały w kielichy drewnianych uszu szumne słowa nasycone namiętnością i rzucające rumieniec na kwiaty wyrastające na nielicznych krzewach. Inne wyciągały gałezie ku słońcu i, jak jaszczurki lub koty, mruczały i kierowały twarze ku życiodajnej gwieździe. Fabler zdziwiony tą nagłą zmianą klimatu poczuł, że jego zdziwiony żołądek odmawia posłuszeństwa.

„To niemożliwe. Dwieście metrów za nami wszystko śpi pod śnieżnymi pierzynami. Tutaj prawie słyszę muzykę disco.”

Zafascynowany przykleił nosek do szyby tłustej od ludzkich włosów i spoconych twarzy i jakoś mu to nie przeszkadzało. Wpatrywał się w głębię lasu, w słoneczne plamy jakie pokrywały małe partie poszycia niby odblaski z dyskotekowej kuli. Jak dostały się na ziemię przez ażurowy, choć niezwykle ciasny sufit utkany z drobniutkich igieł? Nie wiadomo.

Nagle przed sennie snujące się po nierównej drodze auto coś wyskoczyło. Kierowca w ostatniej chwili gwałtownie zahamował. Fabler nie miał w zwyczaju zapinać pasów, więc wylądował na przedniej szybie. Po dłuższej chwili delikatnie rozsunął ściśnięte powieki i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem potężnych rozmiarów łosia, który stał centymetry przed maską samochodu.

„Jest większy niż na National Geografic” pomyślał Fabler, miłośnik filmów przyrodniczych i głosu Krystyny Czubówny. „Chyba przespałem kilka miesięcy i kilkaset kilometrów.”

Łoś patrzył na Fablera wielkimi oczami, w których nie było złości ani zapowiedzi ataku, choć bez problemu mógłby rozbić przednią szybę swoim ogromnym porożem. Szeroko otwarte ślepia synalizowały paraliżujące przerażenie.

Jak dużo później Fabler mógł się dowiedzieć, z tym zwierzęciem nie wszystko było w porządku. Prędzej czy później miał umrzeć ukryty w wilgotnym i ciemnym zagajniku. Blondynka, która bywała w Moniuszkach kilka razy w roku wyjaśniła Misiowi, że tutejsze łosie chorują na dziwaczną chorobę, którą psychologowie zwierzęcy nazywają po prostu „zwierzęcym lękiem egzystencjalnym”. Przypuszczają, że wynika ona z niecodziennej mutacji genowej, jaka musiała zajść w stadzie w wyniku nazbyt korzystnych warunków do rozwoju. W Moniuszkach bowiem panuje idealny klimat do życia łosi, stąd są tutaj ich całe tabuny. Nigdy nie zagrażały człowiekowi. Unikały wręcz jego towarzystwa, dzięki czemu łosie i ludzie mogli żyć w przyjaźni. Odkąd jednak urodził się pierwszy chory osobnik, nic już nie jest takie jak przedtem. Łosie podchodzą pod ludzkie obejścia i muczą ze strachu. Przed czym? Przed sobą samymi, przed dziką myślą, która zaplęgła się w nieprzygotowanych na ten wybryk ewolucji łosiowych umysłach. Drąży je teraz jak robak, zakłucając naturalny porządek.

– Jest mi ich strasznie szkoda – włączył się do rozmowy kierowca. – Zawsze jeżdżę tędy bardzo powoli i ostrożnie, bo nigdy nie wiem, czy jakiś łoś nie będzie uciekał przed własnym cieniem albo własnymi myślami. One są dla nich jak najgorszy wirus. Żyły sobie zwierzaczki z pokolenia na pokolenie syte i szczęśliwe. Pasły się, rozmnażały, pilnowały potomstwa, czerpały z dobrodziejstw tutejszej przyrody i z przyjaźni człowieka. Moja rodzina mieszka w Moniuszkach od zawsze. Pamiętam, że jako małe dziecko lubiłem obserwować stada łosi pasące się na polanach. Wydawały się być zadowolone, czasem nawet pozwalały do siebie podejść. Nie ingerowaliśmy w ich życie, a one nie ingerowały w nasze. Teraz niektóre z nich są agresywne. Atakują ludzi, dlatego nie wypuszczamy się za daleko do lasu. Jeśli już, bierzemy broń. Wszyscy mieszkańcy Moniuszek mają prawo odstrzelić łosia, jeśli zauważą, że zachowuje się podejrzanie.

– Codziennie jecie dziczyznę! – wykrzyknął, głaskając się po brzuszku, głodny Fabler-pragmatyk. Kierowca spojrzał na niego z politowaniem i niesmakiem.

– Nie możemy jeść ich mięsa. Weterynarz, który przyjechał tu z województwa nakazał odsyłanie ich mięsa do ośrodka centralnego. Tam je mieli badać i szukać lekarstwa, które pomogłoby ocalić populację łosi. Sprawa jednak ucichła, chociaż wciąż po zgłoszonego martwego łosia przyjeżdża specjalny wysłannik i zabiera go bez słowa. Taki nakaz, trzeba się go trzymać. Nie protestujemy za bardzo, bo to mięso ma dziwne właściwości. Każdy kto je zjada, zaczyna bać się przyszłość i Bóg wie czego jeszcze. Ludzie zamykają się w domach, zaczynają pisać wiersze albo, choć to rzadkie przypadki, nawet próbują popełniać samobójstwa. Nie, nie, my nie jemy łosi. Poza tym to nasi przyjaciele, nie trzoda.

Fabler przytakiwa głową kierowcy, widząc jego poruszenie. Mężczyzna naprawdę musiał całym sobą być zaangażowany w sprawę plagi, która dotknęła społeczność tych sympatycznych zwierząt.

Dojechali do dworca, a raczej do potrójnego przystanku. Fabler i Blondynka pożegnali się z kierowcą, stali jeszcze przez chwilę, wymieniając grzecznościowe formułki.

– Czuję, że czeka mnie przygoda. Nie wolno wyruszać na jej spotkanie z pustym brzuchem. Wie Pani, czy jest w okolicy jakiś bar mleczny?

Blondynka uśmiechnęła się pobłażliwie do Misia, pokręciłą enigmatycznie głową i odeszła, machając mu na pożegnanie. Fabler wyciągnął z plecaka czekoladopodobnego mikołaja, którego znalazł na wyprzedaży w  Muszce – sklepie spożywczym na dworcu w Krakowie – i z rozkoszął zaczął odgryzać mu kończyny.

„Jaki jestem głupi. Nie zapytałem Michała, gdzie mam szukać ośrodka. A jeżeli to w ogóle nie są te Moniuszki?” myślał, idąc wzdłuż jedynej drogi jaka prowadziła przez wieś.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s