Monthly Archives: Luty 2013

Czy podnieść cię na duchu Fablerze?

Zwykły wpis

symbol teatru

Drzwi, a właściwie wrota Ośrodka były o wiele za duże dla Fablera. Misiowi od dawna wydawało się, że świat został uszyty na jakąś dziwną, nieproporcjonalną miarę. Tym razem twórcy materii  przegięli – nie dość, że musiał wspinać się na pokryte mchem betonowe schody, z których odpadały fragmenty i raniły mu łapy, to nawet drewniany próg sięgał do kolan. Nigdy wcześniej Fabler nie czuł się tak mały, kruchy i niewiele znaczący. Usiadł na progu i dumał: „I tu zaczyna się wąskie gardło antymisiowej rzeczywistości”.

Nagle drzwi uchyliły się i ze szpary dobiegł miły, damski głos:

– Czy podnieść cię na duchu?

– Nie, ale dzięki za otwarcie! – ucieszył się Fabler przechodząc przez próg. Wbrew pozorom kobieta w środku nie była olbrzymem, ale drobnym człowiekiem w lawendowej garsonce i kołnierzyku zapiętym pod samym jabłkiem Adama. To miała dziwnie nabrzmiałe i wręcz męskie, ale Fabler nauczony licznymi nieprzyjemnościami wynikającymi z nadmiernej szczerości, ugryzł się w język jak uczeń walczący o celujący z zachowania.

Wnętrze również nie przypominało nadnaturalnego świata ludzi z nadmiarem hormonu wzrostu. Wręcz przeciwnie – robiło wrażenie przytulnego. Wąski korytarz oklejony był u dołu bordową, a u góry kremową tapetą z wyciskanymi wzorami w kształcie liści. Podłoga z linoleum imitującego parkiet lśniłą nienaganną czystością. Powietrze pachniało czymś słodkim i lepkim, ale to z pewnością nie była wata cukrowa.

Kobiecinka dreptała za maszerującym przed siebie w niewiadomym kierunku Fablerem, szczebiocząc:

– Bardzo cieszymy się, że już dotarł pan bez problemu. Dyrektor chciał po pana wyjechać, ale samochód nie zapalił i oddelegował mnie do wyglądania przez okno. Na szczęście jest już pan u nas cały i zdrowy, rumiany nawet jak widzę! Powietrze w Moniuszkach dobrze robi, niech pan oddycha głęboko! Dotleniony umysł to płodny umysł.

Fabler jej nie słuchał, ale zaczynało go irytować, że go śledzi. Nie wydawała się kompetentną osobą, a raczej wiejską urzędniczką z problemem natury jeśli nie duchowej, to przynajmniej wizualnej. Oczami wyobraźni widział, jak jej natapirowana, ultra jasna grzywka faluje w rytm drobnych kroczków i śmiał się w duchu z prowincjonalnego makijażu. Dobrze wiedział, że nie powinien, że nie szata zdobi człowieka i nie oceniaj książki po okładce, ale jakaś uporczywa siła wywoływała na jego twarzy grymas politowania i bał się, że towarzyszka pędu to zauważy, jeśli się odwróci w jej stronę. Odpowiadał jej więc, prując przed siebie i ciągle przyśpieszając z nadzieją, że nie wyrobi kondycyjnie, złapie zadyszkę i odpadnie w wyścigu.

– Nic nie rozumiem, przyjechałem tu, żeby pomóc…

Korytarz nagle się skończył. Przed Misiem wyrosły kolejne drzwi. Tym razem otworzyły się jak na fotokomórkę i rozpędzony Fabler wpadł do środka prosto przed kilkadziesiąt osób zajmujących szkolne krzesełka w kilku rzędach i grzecznie trzymających dłonie na kolanach. Wszyscy wyczesani, wyprasowani, twarze wymyte. Może nawet pachnieli? Skupili wzrok na wchodzącym i na znak starszego mężczyzny, którego Fabler rozpoznał jako dyrektora po siwych włosach i długim kitlu narzuconym na garnitur, zaczęli bić brawo.

– Witamy autora serdecznie! – dyrektor podszedł do Misia z wyciągniętą ręką. Fabler podał mu niepewnie łapę. – Baliśmy się już, że nie znajdzie pan naszych Moniuszek, nie tak łatwo tu dotrzeć, a tu niespodzianka! Małe opóźnienie, ale to dobrze, niecierpliwość podnosi temperaturę. Proszę spocząć – mężczyzna wskazał miejsce obok siebie za niewielkim biurkiem na przeciwko widowni.

– Moi drodzy: oto i on! Autor bestsellerowej powieści o poszukiwaniu własnej tożsamości, trudach życia jednostki obdarzonej ponadprzeciętną wrażliwością, o walce ze słabościami i nieprzychylnym społeczeństwem obojętnych, smutnych i ubogich duchowo ludzi. Brawa!

Sala zagrzmiała brawami, choć Fablerowi przypominało to podmokłą łąkę, na której żaby i bociany toczą dyskusje podniesionym głosem. Czuł się zupełnie wytrącony z równowagi. Jaki autor? Jaka powieść? On przecież nigdy nie napisał ani strony! Ba! Nie wiedział jak trzymać w łapie długopis, ołówek, z trudem wystukiwał odpowiedzi na smsy od znajomych, a tu proszę, spotkanie autorskie z nim, z ważną osobą. Czekali na kogoś nieprzeciętnego, oto jest i on, Miś, a wraz tym całym cyrkiem szansa na podniesienie poczucia własnej wartości. Fabler zaczął kombinować. Przypomniał sobie, a może zmyślił, że jednak coś kiedyś napisał, na pewno coś niesamowitego, co przeszło bez echa w Dużym Mieście, ale dotarło tutaj  pocztą pantoflową i zrobiło furrorę. Tutaj jest sławny i podziwiany. Tutaj go docenią, stanie się autorytetem, będą przychodzili do niego po porady, a on wyjmie swój notesik i będzie w nim szukał odpowiedzi na nurtujące ich problemy. Nie na darmo zapisuje w nim mądre zdania. W końcu ma szansę, by go dostrzeżono!

– Witam Państwa i przepraszam za spóźnienie! – wszedł na biurko, żeby było go lepiej widać i rozpoczął improwizację. – Moniuszki to malownicza miejscowość, a do tego sprytnie ukryta przez pułapkami cywilizacji. Gratuluje Wam tego miejsca i dziękuję za zaproszenie. Jestem tutaj, byśmy mogli porozmawiać o mojej powieści…

Tu Fabler wpadł w pułapkę swojej fantazji. Nie znał tytułu książki! Rozejrzał się po sali w poszukiwaniu stosiku błyszczących, kolorowych książeczek w twardej okładce, na których wielkimi literami wydrukowany by był najlepiej jednowyrazowy tytuł. Nic z tego.  Niezbyt okazała wieżyczka opierała się smętnie o ścianę wyłożona na stoliczku z daleka od wzroku Misia.

– … w mojej powieści, która jest adopcją myśli wielu myślicieli, poetów, filozofów i po prostu mądrych ludzi, których spotkałem w życiu, spotkają Państwo… siebie. Nie bez przyczyny ma formę…taką, jaką ma. Chodzi o to, że… wszyscy w niej jesteśmy! I ja, i wy, i pan dyrektor. Jesteśmy w niej po to, by czerpać od siebie nawzajem, by tropić wskazówki, które ułatwią nam drogę i pokażą z nieco innej perspektywy nas samych. Uwierzcie mi, to naprawdę niezbędne do odzyskania równowagi! Nie było łatwo napisać tę książkę, oj nie! Ale zrobiłem to tak dla siebie, jak dla was. Cieszcie się nią razem ze mną!

Anemiczne brawa urosły w uszach Fablera do wielkości aplauzu na gali wręczenia Złotych Fenków. Kłaniał się na lewo, na prawo i na wprost, uśmiech podniósł mu poduszeczki policzków tak, że przez szparki oczu prawie nic nie widział. Teraz już miał stuprocentową pewność, że to on napisał bestseller. Musi sobie tylko przypomnieć kiedy, w jakich okolicznościach i, co najważniejsze, o czym.

– Dziękujemy autorowi za wstęp, teraz czas na pytania do autora – zarządził dyrektor, nalewając gościowi soku i podsuwając talerzyk z ciasteczkami, które zniknęły w ułamku sekundy.

Dlaczego Matka Boska nie chciała rozmawiać z Fablerem?

Zwykły wpis

kapliczka

Wieś rozciągała się na planie krzyża. Nie wiedział o tym Fabler, ale bardzo ucieszył się, gdy polną drogę, którą przemierzał równym marszem, przecięła inna, tak samo nierówna i porośnięta po środku przerywanymi pasami wątłej trawy.

Na skrzyżowaniu stała ogrodzona kapliczka, w której za przybrudzoną szybką znajdowała się niebieska Matka Boska. Jej wzniesione do nieba oczy przypominały jeziora pełne chabrów, a sukienka pofałdowana rękami rzeźbiarza opływała drobne gipsowe ciałko. Figurka bardzo się spodobała Fablerowi, więc postanowił zrobić sobie przerwę na kolejną przekąskę w jej towarzystwie.

– Nie masz nic przeciwko, że się nie pomodlę przed trzecim śniadaniem, prawda Matko Bosko? Misie nie są zbyt religijne. Zresztą, jak pewnie się domyślasz, jestem ze Szwecji, a tam nie masz zbyt wielu fanów.

Matka Boska Chabrowa nie odpowiedziała ani słowem. Wciąż wpatrywała się w maleńki sufit nad swoją głową, który tylko symbolizował duchowe królestwo.

– Nic nie odpowiadasz, pewnie nie lubisz protestantów – kontynuował Fabler. – Albo tak jak ja uważasz, że szkoda słów na gadanie o bzdurach. Czasem dzwonią do mnie znajomi i pytają „co u ciebie Fabler?”, a ja im zawsze odpowiadam „wszystko w porządku, jakoś leci. A u ciebie?” Czy nie uważasz, że to marnowanie słów, skoro i tak wiadomo, że nikt się nie chciał niczego dowiedzieć? Read the rest of this entry

Fabler i łosiowy lęk egzystencjalny

Zwykły wpis

Smutoś

Moniuszki okazały się być wyspą na siatce drobnych rzeczek łączących okoliczne jeziora w jeden wielki system irygacyjny. Do tej oazy prowadzili – u dołu szara, dziurawa droga, a u góry zielony labirynt zbudowany z koron świerków, sosen i innych iglastych dzieci natury, w których mieszkały boginki i bogini, jak to wyobrażał sobie Fabler. Niektórzy mogliby  onim powiedzieć, że był pozamiejskim panteistą. Roślinność Krakowa napełniała go wstrętem. Był przekonany, że kominne dymy, obłoki spalonej ropy, wyziewy ludzkich procesów metabolicznych miały na tyle duże zagęszczenie, że niemożliwością stała się egzystencja istot wyższych w okolicznych parkach, na Plantach, w kwiatkach doniczkowych wystawionych na błogosławieństwo promieni słonecznych, które okazywały się być bezbronne wobec warstwy osadzającego się powoli na mieście pyłu. Ten oto miał wkrótce na zawsze pokryć miasto i sprowadzić na nie wieczny sen tak, jak lawa pokryła niespodziewających się niczego mieszkańców Pompeji. Dusze roślin w mieście, od dawna wyschnięte i nieożywione, tkwiły gdzieś wewnątrz włókien wiekowych drzew i nie odradzały wraz z narodzinami nowych wiosen. Zakończył się ich cykl ewolucyjny. Powróciły do stanu niebytu sprzed stworzenia świata.

Niewiadomo kiedy i gdzie podziała się zima. W Moniuszkach roślinność urządzała Dionizje. Niektóre drzewa chyliły się ku sobie i szeptały w kielichy drewnianych uszu szumne słowa nasycone namiętnością i rzucające rumieniec na kwiaty wyrastające na nielicznych krzewach. Inne wyciągały gałezie ku słońcu i, jak jaszczurki lub koty, mruczały i kierowały twarze ku życiodajnej gwieździe. Fabler zdziwiony tą nagłą zmianą klimatu poczuł, że jego zdziwiony żołądek odmawia posłuszeństwa.

„To niemożliwe. Dwieście metrów za nami wszystko śpi pod śnieżnymi pierzynami. Tutaj prawie słyszę muzykę disco.”

Read the rest of this entry