Notatka na marginesie

Dzień przed wyjazdem Fabler dostał gorączki. Czasem tak się już dzieje, że pewne jednostki chorują, jeśli brakuje im odporności na własną wyobraźnię, a tej Misiowi nie poskąpiono. Od spotkania z Michałem w jego głowie klocek po klocku budował się obraz niezwykłego miejsca, w którym lekarze, a może kapłani wlewają w odrętwiałe, blade ciała nowego ducha. Fabler wcale nie czuł, żeby sam miał wielkie problemy z duszą. Wierzył, że istnieje, ale nigdy nie próbował jej zdefiniować, ani tym bardziej scharakteryzować. Myśl o uzyskaniu informacji od specjalistów na temat czegoś tak mistycznego także zalęgła się w fantazji Fablera i tam rozrastała jak magiczna roślina, której gałęzie wydłużają się, twardnieją i z impetem wsuwają się w drzwi i okna domów na oczach ich mieszkańców. W ten sposób zwykła ciekawość urosła do rozmiarów konieczności. Fabler po raz kolejny spakował plecak. Jak zwykle wymknął się po angielsku.

Dzień, który Miś wybrał na wyjazd, matematycy określili wcześniej jako „najsmutniejszy dzień w roku”. Oznajmił to prezenter Radia Plantastic, wesołym głosem wyśpiewując: Nadszedł długo oczekiwany przez samobójców Blue Monday! Amerykańscy naukowcy mówią, że gorszego dnia w tym roku nie będzie, ale my, Polacy, dobrze wiemy, że w tym kraju same Blue Tuesdays, Wednesday and Thursdays! Tylko Fridays dają się znieść, bo można pobujać się w klubie przy takich piosenkach, jak ta, którą za chwilę usłyszycie. Na specjalne zamówienie Rysi z Rybnika – Jola z przebojem „Nie wstydź się powiedzieć kocham”.

Fabler szybko pożałował, że nie wziął ze sobą słuchawek albo stoperów. Próbował zatkać uszy łapkami, ale plusz nie najlepiej sprawdza się w takich sytuacjach. Po kilku minutach walki ze sobą postanowił poprosić kierowcę o przyciszenie, czekały go jednak karcące spojrzenia współpasażerów. Zrezygnowany zagryzł dolną wargę i pomyślał, że jakoś wytrzyma te 7 godzin podróży. Na przystanku w Kędziorkach do busa wsiadła starsza blondynka w długim, futerkowym płaszczu. Wyglądała na elegancką kobietę sukcesu, Fabler poczuł się przy niej dobrze. Bardzo lubi ładnie pachnących, zadbanych ludzi, którzy nie wloką za sobą poplątanych wstążek złej energii, a ich problemy nie wyciekają z głów wszystkimi możliwymi dziurkami. Taka wydawała się być Blondynka. Zajmowała tylko tyle miejsca, ile potrzebowała jej fizyczna postać. Siadając, uśmiechnęła się delikatnie do Misia, wyciągnęła z torebki „Świat Pudru” i zagłębiła się w lekturze. Mało brakowało, a Fabler oparłby o nią ciążącą od pewnego czasu głowę i zapadł w ciepły, pachnący drogimi kosmetykami sen. Wkrótce jednak, ku nieszczęściu Misia,  zaczęła nucić. Uparcie naśladowała przebój Joli, a raczej sam jej refren. Raz za razem i znów. Nuciła, wydmuchując potoki ciepłego powietrza przez nos i uśmiechała się przy tym bezczelnie, a może  dobrotliwie? Melodia rozsadzała głowę Fablera. Miał wrażenie, że wycieka z nosa kobiety jak aksamitne sznurówki i oplata się wokół jego skroni, by za chwilę wedrzeć się przez uszy do mózgu i jednym, zdecydowanym ruchem zawiązać tam pętelkę i skończyć misiowe męczarnie.

Czy to możliwe, że ona odprawia nade mną jakiś rytuał? Na pewno próbuje mnie uśpić, ale co dalej. Co robić? Co robić? Uderzyć? Fabler myślał intensywnie. Gdyby ktoś wpatrywał się mocno w jego głowę, na pewno zobaczyłby dookoła niej delikatną, błękitną poświatę. Tyle energii zużywał Miś na wymyślenie sposobu ucieczki.

– Boisz się mnie? – zapytała towarzyszka podróży, która zauważyła panikę Fablera. Przerażonym Misiom sztywnieją uszy i odrobinę, odrobineczkę drżą. Blondynka musiała być dobrym obserwatorem.

– Boję – opowiedział Fabler.

– Niepotrzebnie. To mnie uspokaja. Kiedy mam napad lęku przed pustką, nucę. Nucę, żeby słyszeć, że jestem.

– Ale jest pani cały czas, przecież  widzę. – Fabler spoglądał teraz na Blondynkę wzrokiem pełnym wyższości. Przyznała się do strachu, więc miał przewagę. Własne lęki słabną przecież, gdy ktoś obok wyznaje, że się czegoś boi.

–  Wiem. Wiem, ale jeśli możesz mnie potrzymać za rękę, dopóki nie zasnę, przestanę nucić.

Miś bez słowa ścisnął rękę towarzyszki. Wydawała się dziwna i z pewnością była obcą osobą,a tych Fabler starał się zawsze unikać, ale nie wytrzymałby ani chwili dłużej w otoczeniu tych dźwięków. I nagle wszystko ucichło. Samochód wjechał w las, radio przestało łapać fale. Blondynka zasnęła i już tylko cichutko pochrapywała. Inni pasażerowie wysiedli, co Fabler zauważył dopiero teraz. Wyjrzał przez okno. Za nim zamiast miejskiej pluchy rosły zaspy rażące bielą w oczy. Dalej na baczność stały chudziutkie pienie choinek przypominające nogi modelek wystawione w cieniutkich rajstopkach na mróz. Aż dziw, że nie pokrywała ich gęsia skórka i że nie drżały.

Zapadał zmrok. Auto sunęło powoli, a spod jego kół wydobywało się jednostajne chrobotanie zamarzniętego śniegu. W tym chrzęszczeniu Fabler znalazł w końcu  przyjemną dla ucha melodię. Zrobiło mu się błogo. Ostre brzegi jawy zaczęły się odrobinę zacierać, zamazywały się coraz bardziej, mieniąc się i pobłyskując. Czy to niebo migotało czy Blondynka otworzyła na chwilę oczy, a z nich wysypało się na Misia całe morze brokatu? Wjechali do Moniuszek.

Fabler i dźwięki

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s