Monthly Archives: Styczeń 2013

Notatka na marginesie

Dzień przed wyjazdem Fabler dostał gorączki. Czasem tak się już dzieje, że pewne jednostki chorują, jeśli brakuje im odporności na własną wyobraźnię, a tej Misiowi nie poskąpiono. Od spotkania z Michałem w jego głowie klocek po klocku budował się obraz niezwykłego miejsca, w którym lekarze, a może kapłani wlewają w odrętwiałe, blade ciała nowego ducha. Fabler wcale nie czuł, żeby sam miał wielkie problemy z duszą. Wierzył, że istnieje, ale nigdy nie próbował jej zdefiniować, ani tym bardziej scharakteryzować. Myśl o uzyskaniu informacji od specjalistów na temat czegoś tak mistycznego także zalęgła się w fantazji Fablera i tam rozrastała jak magiczna roślina, której gałęzie wydłużają się, twardnieją i z impetem wsuwają się w drzwi i okna domów na oczach ich mieszkańców. W ten sposób zwykła ciekawość urosła do rozmiarów konieczności. Fabler po raz kolejny spakował plecak. Jak zwykle wymknął się po angielsku.

Dzień, który Miś wybrał na wyjazd, matematycy określili wcześniej jako „najsmutniejszy dzień w roku”. Oznajmił to prezenter Radia Plantastic, wesołym głosem wyśpiewując: Nadszedł długo oczekiwany przez samobójców Blue Monday! Amerykańscy naukowcy mówią, że gorszego dnia w tym roku nie będzie, ale my, Polacy, dobrze wiemy, że w tym kraju same Blue Tuesdays, Wednesday and Thursdays! Tylko Fridays dają się znieść, bo można pobujać się w klubie przy takich piosenkach, jak ta, którą za chwilę usłyszycie. Na specjalne zamówienie Rysi z Rybnika – Jola z przebojem „Nie wstydź się powiedzieć kocham”.

Fabler szybko pożałował, że nie wziął ze sobą słuchawek albo stoperów. Próbował zatkać uszy łapkami, ale plusz nie najlepiej sprawdza się w takich sytuacjach. Po kilku minutach walki ze sobą postanowił poprosić kierowcę o przyciszenie, czekały go jednak karcące spojrzenia współpasażerów. Zrezygnowany zagryzł dolną wargę i pomyślał, że jakoś wytrzyma te 7 godzin podróży. Na przystanku w Kędziorkach do busa wsiadła starsza blondynka w długim, futerkowym płaszczu. Wyglądała na elegancką kobietę sukcesu, Fabler poczuł się przy niej dobrze. Bardzo lubi ładnie pachnących, zadbanych ludzi, którzy nie wloką za sobą poplątanych wstążek złej energii, a ich problemy nie wyciekają z głów wszystkimi możliwymi dziurkami. Taka wydawała się być Blondynka. Zajmowała tylko tyle miejsca, ile potrzebowała jej fizyczna postać. Siadając, uśmiechnęła się delikatnie do Misia, wyciągnęła z torebki „Świat Pudru” i zagłębiła się w lekturze. Mało brakowało, a Fabler oparłby o nią ciążącą od pewnego czasu głowę i zapadł w ciepły, pachnący drogimi kosmetykami sen. Wkrótce jednak, ku nieszczęściu Misia,  zaczęła nucić. Uparcie naśladowała przebój Joli, a raczej sam jej refren. Raz za razem i znów. Nuciła, wydmuchując potoki ciepłego powietrza przez nos i uśmiechała się przy tym bezczelnie, a może  dobrotliwie? Melodia rozsadzała głowę Fablera. Miał wrażenie, że wycieka z nosa kobiety jak aksamitne sznurówki i oplata się wokół jego skroni, by za chwilę wedrzeć się przez uszy do mózgu i jednym, zdecydowanym ruchem zawiązać tam pętelkę i skończyć misiowe męczarnie.

Czy to możliwe, że ona odprawia nade mną jakiś rytuał? Na pewno próbuje mnie uśpić, ale co dalej. Co robić? Co robić? Uderzyć? Fabler myślał intensywnie. Gdyby ktoś wpatrywał się mocno w jego głowę, na pewno zobaczyłby dookoła niej delikatną, błękitną poświatę. Tyle energii zużywał Miś na wymyślenie sposobu ucieczki.

– Boisz się mnie? – zapytała towarzyszka podróży, która zauważyła panikę Fablera. Przerażonym Misiom sztywnieją uszy i odrobinę, odrobineczkę drżą. Blondynka musiała być dobrym obserwatorem.

– Boję – opowiedział Fabler.

– Niepotrzebnie. To mnie uspokaja. Kiedy mam napad lęku przed pustką, nucę. Nucę, żeby słyszeć, że jestem.

– Ale jest pani cały czas, przecież  widzę. – Fabler spoglądał teraz na Blondynkę wzrokiem pełnym wyższości. Przyznała się do strachu, więc miał przewagę. Własne lęki słabną przecież, gdy ktoś obok wyznaje, że się czegoś boi.

–  Wiem. Wiem, ale jeśli możesz mnie potrzymać za rękę, dopóki nie zasnę, przestanę nucić.

Miś bez słowa ścisnął rękę towarzyszki. Wydawała się dziwna i z pewnością była obcą osobą,a tych Fabler starał się zawsze unikać, ale nie wytrzymałby ani chwili dłużej w otoczeniu tych dźwięków. I nagle wszystko ucichło. Samochód wjechał w las, radio przestało łapać fale. Blondynka zasnęła i już tylko cichutko pochrapywała. Inni pasażerowie wysiedli, co Fabler zauważył dopiero teraz. Wyjrzał przez okno. Za nim zamiast miejskiej pluchy rosły zaspy rażące bielą w oczy. Dalej na baczność stały chudziutkie pienie choinek przypominające nogi modelek wystawione w cieniutkich rajstopkach na mróz. Aż dziw, że nie pokrywała ich gęsia skórka i że nie drżały.

Zapadał zmrok. Auto sunęło powoli, a spod jego kół wydobywało się jednostajne chrobotanie zamarzniętego śniegu. W tym chrzęszczeniu Fabler znalazł w końcu  przyjemną dla ucha melodię. Zrobiło mu się błogo. Ostre brzegi jawy zaczęły się odrobinę zacierać, zamazywały się coraz bardziej, mieniąc się i pobłyskując. Czy to niebo migotało czy Blondynka otworzyła na chwilę oczy, a z nich wysypało się na Misia całe morze brokatu? Wjechali do Moniuszek.

Fabler i dźwięki

Reklamy

Wyzwanie 52

Obrazek

Wyzwanie 52

Ja i Fabler chcielibyśmy poinformować wszystkich czytelników, że bierzemy udział w Wyzwaniu 52. Dzięki temu możecie liczyć na cotygodniowe wpisy z nowymi odcinkami historii Fablera. Zaglądajcie tutaj, bo nasz bohater jest na dobrej drodze do odkrycia wielu ludzkich tajemnic i znów będzie próbował brać świat na misiowy rozum. Stay tuned!

Fabler i niepełnosprawni duchowo cz. I

Zwykły wpis

Nie wszystkie dni z misiowego życia są godne opisania. Wszystko wskazywało na to, że ten czwartek, jak wiele poprzednich, również będzie się do takich zaliczał.

Fabler wybrał się jak co dzień do baru mlecznego „Ludzka komedia”, gdzie jak co dzień zamówił pół talerza zupy pomidorowej i półtora naleśnika ze szpinakiem oraz buraczkami zasmażanymi na osobnym talerzyku.  Z trudem, bo jest niskiego wzrostu, zaniósł talerze do stolika najbardziej schowanego w kącie i wybrał krzesło tak, żeby nie musieć patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy do „Ludzkiej komedii” przychodzili z bloczkami z pomocy społecznej. Powiecie zaraz: a gdzie misiowa empatia!? gdzie współczucie, gdzie wyrozumiałość? Otóż Fabler bał się, że w jednej z tych zeschłych jak skórka tygodniowego chleba i pomarszczonych wcale nie jak pieczone jabłuszko twarzy zobaczy siebie. Spod ciężkich powiek kobiety z przetłuszczonymi włosami zebranymi wysoko w kucyk karmiącej umorusanego malucha spojrzy na niego obojętny wzrok zrezygnowanego człowieka. Fabler był zagubionym Misiem. Tak jak oni wszyscy już dawno przestał zadawać sobie pytanie:  w jakim celu tu jestem? Był z dnia na dzień.

Kolejna łyżka zupy poparzyła misiowy język. Nie zaklął, ani nie zirytował się, wręcz przeciwnie – uczucie bólu sprawiło, że świat na chwilę się wyostrzył i Fabler przez ułamek sekundy znów zaczął widzieć detale: nieco zbyt długie, brudne pazurki, plamę na biało-niebieskiej koszulce, przykurzone serduszko. Uśmiechnął się do siebie, kpiąc z własnego zawieszenia. W tym momencie ktoś z całej siły klepnął go w plecy. Kilka klusek wytrysło z ust Fablera i dostojnie zasiadło na szarawej firance, przez którą widać było przemykające przez aleje Bohaterów Żeromskiego auta. 

– Fabler, kopę lat! – odezwał się do Misia rosły mężczyzna w skórzanej kurtce. Wystawał mu spod niej czarny golf opinający się ciasno na wydatnym brzuchu. Fabler od razu rozpoznał Michała, pracownika Ikei, który jako jedyny zostawał czasem po pracy w sklepie i rozmawiał z nim i z jego krewnymi. Mimo nadmiernej potliwości, wiecznie mokrych rąk i zatkanego nosa, Michał słynął z daru przyciągania ludzi. Wszyscy lgnęli do niego szczególnie wtedy, gdy było im w życiu źle, bo wiedzieli, że będą mogli zaczerpnąć od niego trochę pozytywnej energii i, nakręceni jak analogiczne zegary, znów ruszą w świat, na długo zapominając o koledze. Fabler, aż wstyd przyznać, również zapomniał o jego istnieniu.

– Michał? Dobrze Cię widzieć. Jak leci? Co u żółtków? 

– Leci, jakoś leci. A już nie pracuję w Ikei, zwolnili mnie. Byłem po prostu za brzydki, ale oni stwierdzili, że wynosiłem ogromne ilości ołówków, miarek i kto wie czego i lepiej żebym się nie stawiał, bo mają świadków i zobaczymy się w sądzie. Głupie, nie?

– Typowe.

– Sprzątam teraz u OOND-rze. Ośrodku Opieki nad Niepełnosprawnymi Duchowo. Moja siostra pracuje tam od kilku lat na kuchni, jej bliźniaki chodzą do szkoły przy ośrodku i jest z tego bardzo  zadowolona. Mają po 7 lat, a ze świecą szukać tak uduchowionych dorosłych. Jak na przykład jest wieczór, a one nadal nie mają odrobionych lekcji, Kasia, moja siostra, mówi: Chyba jakieś robaczki zjadają wasze dusze, trzeba je szybko powstrzymać! Dzieciaki wtedy migusiem, skupiają się i już, spokojne jak aniołeczki. Wiedzą, jak pielęgnować duszę i dlaczego to jest takie ważne. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielu ludzi w moim wieku ląduje w Ośrodku. Faceci, baby, emeryci, dzieciaki wytatuowane, zakolczykowane, z bluzgiem na językach. Przywożą ich karetkami, jedna za drugą. Czasem się dziwie, że aż tylu ich się u nas mieści. Dostawiają łóżka do pokojów i wydaje mi się, że niedługo cały budynek pęknie nie tylko od ich ciał, ale od tego ogromu problemu bezduszności, jaki ze sobą przynoszą. Jak za długo przebywam w salach świeżaków, to aż mdli mnie od tego i głowa boli następnego dnia. Za to na koniec, Fabler, rewelacja! wychodzą wszyscy czyściutcy, wypolerowani. Oczy im się błyszczą, włosy zaplecione albo równo przystrzyżone… Mają schludnie wyprasowane ubrania, przestają machać rękami i grzebać sobie we włosach, za to uśmiechają się i nawet chętnie mi pomagają.

Fabler zasłuchał się w historię Michała i poczuł, że to może być coś, czego potrzebuje. Kontaktu z ludźmi, którzy zostali naprawieni, natchnieni duchem i których wypuszcza się w świat gotowych do produktywnego życia. 

– Nie potrzebujecie tam wolontariuszy czy coś? – zapytał Miś.

– Jasne! Właśnie to chciałem Ci powiedzieć! – Michał żywo zareagował na pytanie. – Pacjentów coraz więcej, nie ma komu pracować. Lekarze harują po nocach, potrzebują pomocy i to natychmiast. Przyjedź w weekend, będę miał więcej czasu, to cię oprowadzę i poznam z kierownikiem Łokietkiem. Tymczasem muszę lecieć, wpadłem tylko na chwilę do miasta załatwić kilka formalnych spraw. Trzymaj się Fab! – mocny uścisk dłoni kolegi otrzeźwił Misia. Chciał coś powiedzieć, ale tylko patrzył na szerokie, zgarbione plecy wychodzącego. Na stoliku leżała serwetka z napisem: Fundacja Niepełnosprawni Duchowo, Moniuszki 43. 

Moniuszki 43 – powtórzył w myślach Fabler. –  To kawał drogi, ale nic. Trzeba uratować resztki człowieczeństwa. 

Człowieczeństwa? 

[ciąg dalszy nastąpi]

Fabler nie lubi dzieci

Zwykły wpis

Kraków w środku stycznia przeżył uderzenie wiosny. Zaatakowała tak mocno i tak słonecznie, że w powietrzu dało się wyczuć ten rześko-cierpki zapach rodzących się roślin lub, jak kto woli, górskich krokusów.

Fabler Bjorn od kilku miesięcy, odkąd wpadł w depresję po powrocie do Polski, spał snem sprawiedliwego. Pluszowe misie mają ten przywilej, że w sen zimowy zapadają, kiedy tylko im się zechce i na tak długo, jak tylko sobie zażyczą. Los chciał, że w nowym mieszkaniu Fablera, pod chwilową nieobecność jego świadomości, pojawił się pewien rezolutny pięciolatek. O przepraszam najmocniej! Pięcio-i-pół-latek. Fabler nawet nie zauważył, jak z ożywionej istoty stał Małym Bratem i zaklinaczem dziecięcego snu. Co kilka dni misiowa łapka trafiała w gładziutką dziecięcą rączkę, która zanosiła przyjaciela do łóżeczka i układała go obok siebie na poduszce.

– Dobranoc Mały Bracie – szeptał chłopczyk, mrużąc zmęczone oczy.

– Dobranoc Wielki Bracie – odpowiadał Miś, który już za momencik miał całkiem się wybudzić z zimowego snu.

Jednej z nocy, gdy chłopiec cichutko posapywał, błądząc po krainie pingwinów z Madagaskaru, Smerfów i innych tworów dorosłej wyobraźni, Fabler obudził się na dobre. 

– Olaboga! – wykrzyknął i za chwilę zatkał sobie łapką usta. Nie chciał obudzić Wielkiego Brata, który błogo uśmiechał się przez sen. – Chyba zostałem potraktowany jako zabawka? Czy Przyjaciele już o mnie nie pamiętają? Czy Paulina całkiem zapomniała, że jestem niezwykłym Misiem?

Nic z tych rzeczy. Paulina dobrze wiedziała, że przyjdzie moment, gdy Fablera i jej drogi będą musiały się trochę rozejść. Czas płynie do przodu, ludzie i misie angażują się w różne zadania i zaczynają mieć dla siebie coraz mniej czasu. Jedni wyjeżdżają, inni tworzą małe jednostki społeczne zwane rodzinami i są nimi tak zafascynowani, tak rozentuzjazmowani, że celebrują każdy familijny wieczór, spychając na plan dalszy aktywności, które kiedyś sprawiały przecież tyle przyjemności. Paulina się zakochała. Z wzajemnością. Każdego popołudnia przybiegała do domu cała w skowronkach, żeby tylko być bliżej, mocniej, dłużej, cieplej, szczęśliwiej. Motyle wypływały jej z uszu i nosa.

– Bleh – skomentował jej stan Fabler, kiedy doszedł do siebie po nocnych rozważaniach – zatraciłaś siebie. Przy tym trybie życia nie masz już szans na zostanie słynną pisarką. Gdzie Twoje ambicje, gdzie Twoja niezależność?

Paulina nie odpowiedziała, nie spojrzała nawet na Fablera i Miś doszedł do wniosku, że miłość to musi być takie coś, co rozpycha się w człowieku jak olbrzym w łóżku i zabiera miejsce wyobraźni. Jego przyjaciółka straciła zdolność widzenia niewidzialnego.

Mało brakowało, a Fabler znów popadłby w stany lękowe, znów zacząłby nałogowo obgryzać paznokcie i co dziesięć minut myć zęby. Jak to miał w zwyczaju schował się w kącie i ukrył buzię w łapkach.

– Mały Bracie, jak się tu znalazłeś? – przemówił do Misia cieniutki głos dochodzący z uśmiechniętej buźki należącej do dziecka, które kucało naprzeciwko niego.

– Jak to jak? Na nogach.

– Pluszowe Misie nie chodzą na nogach – rzeczowo stwierdził chłopiec.

– Nie jestem zwykłym Misiem. Jestem Fabler Bjorn, pochodzę ze Szwecji. Badam Polskę zawodowo. Nie lubię dzieci. A Ty?

– Mam na imię Lubo. Nie pochodzę ze Szwecji. Nie mam jeszcze włosków na nogach i mało jem, więc nie jestem dorosły i nie pracuję. Tata pracuje, a ja chodzę do przedszkola. Miło mi cię poznać Misiu Fablerze. Poczytasz mi?

Może nie jest taki głupi jak inne dzieci – pomyślał Fabler. Pobiegł szybko na półkę z książkami, ściągnął z niej egzemplarz Bałaganu, książki dla dzieci, którą kiedyś wygrał w konkursie, zakomenderował ułożenie się w łóżku pod kołdrą i rozpoczął czytanie.